Napisz do nas! redakcja@forzaitalia.pl

Rzymskie wakacje po polsku

Rzymskie wakacje po polsku

Piękna słoneczna pogoda, temperatura +13°C, drzewa i trawa mienią się odcieniami zieleni, a na kalendarzu mamy… 24 grudnia?! Tak zaczyna się moja przygoda ze świętami, spędzonymi we Włoszech.

 

 

Cofnijmy się jednak do Warszawy. Mamy 23 grudnia, godzina 10 rano. Szybko dokańczam pakowanie, jeszcze raz szybkie przemyślenia czy wszystko zabrane i w drogę na lotnisko. Jeszcze szybkie spojrzenie na moją Alfę 146, która niestety musi zostać w Polsce i czas wsiadać do taksówki. Na lotnisku ustawiam się w kolejce do odprawy. Do Rzymu leciałem włoskimi liniami, i to był niestety błąd. Samolot miał wystartować o 13:10, jednak okazało się że samolot z Rzymu w ogóle nie wyleciał J Miejscu w fotelu, zająłem dopiero o 15:50! Nie ma to jak włoska punktualność. Mimo sporego opóźnienia, dalej byłem optymistycznie nastawiony do wyjazdu. Warszawa pożegnała mnie wspaniałym zachodem słońca, a Rzym powitał temperaturą +11°C i kolejnymi opóźnieniami.


Na swój bagaż musiałem czekać ok. 40min. Nie wiem czy to jest aby na pewno normalny czas oczekiwania, ale patrząc na innych pasażerów widziałem na ich twarzach „lekkie” zdenerwowanie.

     Kiedy w końcu pojawiły się na taśmie moje rzeczy, mogłem nareszcie wyjść z lotniska i zaczerpnąć włoskiego powietrza. Wraz z bagażami i rodziną która czekała na mnie na lotnisku, udaliśmy się w kierunku Anguillary. Miejscowość ta jest położona 30km na północ od Rzymu. Nasz dom znajdował się w przepięknej, starej części tego miasta. Wieczorem wszystkie budynki były przepięknie oświetlone, co nadawało niesamowitego klimatu. Stare domy z kamienia, ciasne uliczki gdzie ledwo mieści się Fiata Panda – to co do tej pory oglądałem tylko na zdjęciach stało się rzeczywistością. Godzina była już późna więc trzeba było kończyć zwiedzanie Anguillary.

Polska Wigilia we Włoszech

Następny dzień powitał mnie pięknym Słońcem, i oczywiście wysoką temperaturą(jak na 24 grudnia). Szybkie śniadanie i tym razem zwiedzanie miasta za dnia. Szczerze mówiąc czułem się strasznie dziwnie. Niby dzisiaj mamy 24 grudnia, ale w ogóle tego nie widać. W sklepach nie ma amoku świątecznego, gdzie niegdzie wiszą tylko jakieś małe ozdoby świąteczne a do tego brak śniegu.

    Po krótkim zwiedzaniu trzeba było się udać na większe zakupy. Trzeba pamiętać że we Włoszech sklepy otwierają dopiero 27 grudnia.
    Stojąc pod sklepem miała miejsce bardzo ciekawa a zarazem śmieszna sytuacja. Jako że parking pod supermarketem był dosyć mały, więc toczyła się na nim nieustanna walka o miejsca. Jeden samochód blokuje drugi, pojawią się kolejny który się wciska – i już mamy idealny przepis na typową włoską kłótnię. Wysiada dwóch panów ze swoich aut. Rozpoczyna się wymiana zdań(oczywiście bardzo głośna żeby wszyscy mogli usłyszeć), mnóstwo gestów. Jeden z panów robi się co raz bardziej agresywny. Zdejmuje swoją kurtkę, żonie oddaje swoje stylowe okulary przeciwsłoneczne, podwija rękawy i ruszą szybkim krokiem w kierunku drugiego pana który chyba się trochę przestraszył. Za chwilę do akcji wkraczają żony wspomnianych panów. Panie są jeszcze bardziej agresywne od panów, i niewiele brakuje aby to one zaczęły wymianę ciosów. Sytuacja się jednak uspokaja a pary rozchodzą się w swoich kierunkach. W końcu mogłem się przekonać na własne oczy i uszy, na czym polega włoski temperament.
    Na marginesie dodam ze podczas tej włoskiej kłótni, główną ulicą przejechała Alfa Romeo Giulia oraz Lancia Delta HF Integrale(ale o autach opowiem później).
    Wróćmy jednak do świąt. Po zakupieniu odpowiednich składników można było przystąpić do gotowania świątecznych potraw. Nie zabrakło barszczu z uszkami, śledzi, dorsza(który musiał zastąpić karpia) i wielu wielu innych. Przed wigilią udałem się jeszcze na krótki spacer nad jezioro, gdzie obejrzałem przepiękny zachód słońca. Zaczynało się już ściemniać więc wróciłem do domu, i zasiedliśmy do wigilijnego stołu.

Buongiorno Roma!

    
    No i kolejny ranek, na zewnątrz sympatyczna temperatura tylko niestety słońca brak. Jednak porównując pogodę we Włoszech do tej w Polsce, nie można narzekać.
    Tym razem za kierunek obraliśmy Rzym, gdzie udaliśmy się za pomocą kolejki podmiejskiej. Na stacji kolejowej zaskoczenie – wszystko pozamykane, zero ludzi. Stoi sobie jedynie jakaś machina z monitorem, która okazała się kasą biletową. Brak komunikatów w innym języku niż włoski, spowodował że dopiero 3 próba umożliwiła nam zakupienie 4 biletów dla dorosłych, w obydwie strony z dojazdem do stacji Roma – San Pietro. Początkowo nazwa stacji docelowej niewiele mówiła, jednak wkrótce okazało się że wysiadamy na stacji która jest oddalona 1km od Watykanu.
    Pierwszym celem tego dnia był Plac św. Piotra. Z daleka widzimy już monstrualną kopułę bazyliki św. Piotra, jednak dopiero jak staniemy na środku placu, można dostrzec ogrom tej budowli.

Jak dla mnie było to miejsce magiczne, które do tej pory tylko oglądałem na pocztówkach i w telewizji. Widziałem już różne słynne katedry i bazyliki, jednak bazylika św. Piotra przebiła wszystko. Człowiek żałuje że ma tylko jedną parę oczu, bo nie wiadomo w którą stronę zwrócić wzrok. W Watykanie początkowo odstrasza jedynie kolejka chętnych do zwiedzania wnętrza i podziemi bazyliki(jak się jednak później okaże, kolejka idzie dość szybkim tempem). Tego dnia odpuściliśmy sobie zwiedzanie wnętrza bazyliki, i udaliśmy się następnie w kierunku Koloseum. Po drodze mijamy Zamek Świętego Anioła (Castel Sant’Angelo), przechodzimy przez Tybr i udajemy się po na Piazza Navona. Tam po raz pierwszy skosztowałem prawdziwej pizzy, która ani trochę nie przypomina tej którą serwują najpopularniejsze sieciowe pizzerie w naszym kraju.

    Po wypełnieniu żołądków tradycyjnymi, włoskimi specjałami – w moim przypadku pizzą i caffe latte ruszyliśmy dalej w drogę. Z daleka widać już Koloseum, jednak wpierw uwagę przyciąga Plac Wenecki wraz Pomnikiem Wiktora Emanuella II. Zapewne każdy sobie zadaje pytanie co może być takie imponującego w pomniku? Już wyjaśniam – w tym przypadku imponujące były jego rozmiary. 135m szerokości, 70m wysokości, całość wykonana z białego marmuru a to wszystko jest zwieńczone dwoma 11-metrowymi „pomniczkami” na samej górze budowli. No rzeczywiście nic specjalnego…

    Koloseum było co raz bliżej, jednak mimo to nadal było ciężko się skupić na jednej budowli. Kiedy zaczęliśmy spacerować Via dei Fori Imperiali, można było poczuć się jak w czasach starożytnych. Idziemy ulicą wykonaną ze słynnego rzymskiego bruku, a dookoła nas mamy budowle wybudowane na początku naszej ery. I to nie są byle jakie budowle, tylko ogromne kompleksy budynków które jak na swoje lata są w świetnym stanie.

    W końcu udało nam się dotrzeć do Koloseum, i po raz kolejny tego dnia musiałem zbierać szczękę z bruku. Ciężko jest sobie wyobrazić, że ludzie byli w stanie stworzyć tak niebanalną budowlę prawie 2000 lat temu. Patrząc na obecnie powstające budynki, człowiek zaczyna się zastanawiać gdzie tu jest ten postęp…  Niesamowitym przeżyciem byłoby teraz zobaczenie Koloseum, w swoim pierwotnym stanie podczas walki gladiatorów. Teraz pozostaje liczyć tylko, na wynalezienie przez naukowców wehikułu czasu.

Będąc pod Koloseum nie sposób nie odwiedzić Forum Romanum, z którego roztacza się piękny widok na Koloseum i pomnik Wiktora Emanuela.

    Ostatni rzut oka na Koloseum z Via di San Gregorio, i udajemy się do ostatniego punktu dzisiejszego dnia – Fontanny di Trevi, czyli chyba najsłynniejszej fontanny na całym świecie. Na jej temat nie ma co się rozpisywać, bo po raz kolejny Rzym mnie zawiódł a ja dalej byłem pełen podziwu dla ludzi którzy to zaprojektowali i wybudowali. Ten etap dnia najlepiej opisze ten fragment z filmu pt. „Słodkie Ł»ycie”. Jak ujrzałem Fontannę Di Trevi, to wydałem identyczny dźwięk jak Anita Ekberg. Ł»e też nie miałem wtedy przy sobie kąpielówek…

    Była godzina 16 więc jak to bywa w grudniu, zaczynało się już ściemniać. Przed nami był jeszcze długi spacer do stacji kolejki, a plany na następny dzień były równie interesujące.

Czerwone maki na Monte Cassino

    Sam tytuł tego rozdziału, mówi już wystarczająco dużo. Monte Cassino – czyli najbardziej polski akcent z całej wycieczki – był naszym celem tego dnia.
    Do pokonania mieliśmy ponad 160km w jedną stronę, ale przy podróżowaniu autostradami w ogóle nie odczuwa się tej odległości.
    Klasztor na Monte Cassino, góruje nad całym miastem. Wtedy człowiek zaczyna rozumieć jak ważnym punktem było to miejsce, i jak trudno było go zdobyć. Droga do klasztoru prowadzi przez strome zbocze. Zakręty i serpentyny spowodowały, że zaczęliśmy myśleć o naszych Alfach które musiały zostać w Polsce. Na swojej rodzimej ziemi miałby w końcu gdzie się wyszaleć. Po emocjonującej drodze na szczyt, dojechaliśmy w końcu do parkingu pod Polski Cmentarzem. Przed samym wejściem którego strzegą dwa orły, stoją tablice z nazwiskami wszystkich żołnierzy którzy polegli w tym miejscu. Był to zdecydowanie najbardziej wzruszający punkt z całej wycieczki. Smuci też bardzo to, że cmentarz nie jest w idealnym stanie. Dla Polaków jest to bardzo ważny fragment historii, i przydałoby się przywrócić temu miejscu blask. Pocieszający jest natomiast fakt iż, ludzie pamiętają o poległych i przy nagrobkach ciągle palą się znicze.

Przejaw pychy

    Kolejny dzień był bardziej relaksujący dla naszych nóg. Tym razem wybraliśmy się 50km od Rzymu, do miejscowości Tivoli. Głównym celem była słynna Villa d’Este, która znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Tak więc skąd taki tytuł? To może krótki wstęp do historii. Kardynał Ippolito II d’Este odniósł porażkę, w wyborach na nowego papieża w roku 1549. W ramach rekompensaty, kardynał nakazał wybudowanie willi na skalistym zboczu. Najbardziej imponujący miał być jednak ogród, wraz ze swoimi fontannami.   
    Sam budynek willi nie jest imponujący, i początkowo można się zawieźć. Jednak po zejściu do ogrodów, zapominamy o wnętrzach. Ilość fontann i zieleni aż człowieka przytłacza. Przepiękne rzeźby z których leją się strumienie wody, są dodatkowo obrośnięte pięknymi roślinami. W internecie oglądałem zdjęcia zrobione lato, i jednak jest to zupełnie inne miejsce niż podczas zimy. Podczas grudniowej wizyty, wszystko wyglądało dosyć ponuro. Dlatego też zamierzam odwiedzić to miejsce jeszcze raz, tylko teraz będą to wakacje.

Zabytkowo

    Głównym celem tego dnia, były najpopularniejsze miejsca w Watykanie. Zaplanowaliśmy że zaczniemy od zwiedzania wnętrza Bazyliki św. Piotra, następnie udamy się na kopułę i zejdziemy do podziemi pod bazyliką a na koniec zwiedzimy Muzea Watykańskie. Plan był ambitny, ale przecież mieliśmy cały dzień dlatego nie musieliśmy się spieszyć(co się później okażę błędem). Tradycyjnie udaliśmy się pociągiem do Rzymu, i ponownie wysiedliśmy na stacji Roma San Pietro.
    Kiedy dotarliśmy na Plac św. Piotra, naszym oczom ukazała się monstrualna kolejka ciągnąca się przez cały plac. Trochę przerażeni jej wielkością, stanęliśmy na samym końcu. Kolejka się jednak posuwała szybkim tempem, i już po ok. 20min. byliśmy we wnętrzu bazyliki. Kolejny raz zostałem wprawiony w osłupienie. Gdzie nie spojrzeć, to trafimy wzrokiem na coś niesamowitego. Czy to jest posadzka, czy też ściany lub nawet kolumny. Każdy fragment wnętrza jest ozdobiony czymś przepięknym – albo obrazem albo rzeźbą. Tradycyjnie największe tłumy kłębiły się przy Piecie Michała Anioła, która teraz znajduje się za kuloodporną szybą.
    Chyba nie ma sensu, opisywać każdej rzeźby czy też obrazu który widziałem we wnętrzu bazyliki. To po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy, bo ciężko jest opisać to miejsce słowami.

    Po zwiedzeniu wnętrza, udaliśmy się na kopułę bazyliki. Pogoda nie była za piękna, ale przynajmniej póki co nie padało. Na górę udaliśmy korzystając ze schodów(dla wygodnych była winda, jednak wiadomo że do windy jest zawsze wielu chętnych). Podróż na samą górą, podzieliła się na dwa etapy. Wpierw wchodzimy na dach bazyliki, a dopiero potem na taras na kopule. Drugie etap jest mocno emocjonujący. Schody są bardzo wąskie, strome i do tego pochylone pod kątem 70°. Dlatego jeśli masz 1.5m. szerokości, to nie radzę się wybierać na samą kopułę. Po ciężkiej przeprawie, na samej górze czekała na nas niespodzianka w postaci ulewy. Brzydka pogoda, i straszne tłumy spowodowały że szybko uciekliśmy z kopuły. Jednak polecam odwiedzić to miejsce przy dobrej pogodzie, bo widok na cały Rzym musi być zniewalający.

    Przemoknięci i wyziębieni udaliśmy się do Grot Watykańskich, gdzie znajdują się groby wcześniejszych papieży. Największe tłumy gromadziły się przed grobem Jana Pawła II. Z tego powodu wydzielone specjalną strefę, w której można się pomodlić przed grobem.
    Kiedy kończyliśmy zwiedzać bazylikę, dochodziła już godzina 12. Tłumy ludzi zgromadzonych na placu, przypomniały nam że przecież zaraz zacznie się Anioł Pański. Kiedy w oknie ukazał się Benedykt XVI, niemal wszyscy wydali z siebie okrzyk radości. Gdybym miał zamknięte oczy i nie wiedział gdzie jestem, to bym strzelił że jest to jakiś koncert muzyczny a na scenie właśnie pojawiła się gwiazda.
    Jako że deszcze kropił dalej, udaliśmy się prędko w kierunku Muzeów Watykańskich. 700 metrów przed wejściem dopiero kończyła się kolejka. Była jednak dopiero godzina 12:30, tak więc stwierdziliśmy że jak już tu jesteśmy to poczekamy. Kiedy minęła godzina 14, kolejka jakoś dziwnie przyspieszyła. Do wejścia brakowało nam 300 metrów, i wtedy doszły do nas strasznie wieści… Muzeum właśnie zostało zamknięte ponieważ w dni kiedy wstęp jest darmowy, można je zwiedzać tylko do godziny 14… Nie pozostało nic innego jak tylko udać się na kawę, wrócić do domu i skonsumować kolejną włoską panettone.

Perła Toskanii

    Czy już wszyscy wiedzą o jakie miejsce chodzi? Jeśli pomyśleliście o Florencji, to dobrze trafiliście. Miasto które się chyba najbardziej kojarzy z Katedrą Santa Maria del Fiore, która góruje nad całym miastem. Mnie to miasto powitało przepięknym widokiem, w postaci żółtego Ferrari 430 Spyder. Dalej pozostało zwiedzanie najpopularniejszych miejsc. Na początek wcześniej wspomniana katedra, która z zewnątrz wygląda niesamowicie. Główna fasada jest przepięknie ubarwiona, i aż ciężko jest uwierzyć jak coś takiego można było zaprojektować 700 lat temu.

    Dalej udaliśmy się w kierunku słynnych mostów nad rzeką Arno. Jeden z nich przypomina ekskluzywne centrum handlowe, gdzie można kupić tylko biżuterię. Ceny niektórych pierścionków zwalały z nóg, a były też przypadki że ceny nie były wywieszone. Osobiście wolę nie myśleć o tych sumach…
    W drodze powrotnej pospacerowaliśmy jeszcze klimatycznymi uliczkami, i odwiedziliśmy wnętrze Katedry Santa Maria del Fiore. Czas już nam niestety nie pozwalał, aby odwiedzić jeszcze inne miejsca bo przed nami była długa druga powrotna do Rzymu.
    Florencja pożegnała nas równie pięknie, jak nas powitała. W centrum minęła nas przepiękna , czerwona Lancia Delta HF Integrale EVO, a przy wjeździe na autostradę Maserati GranTurismo S pożegnało nas przepięknymi dźwiękami.

Klaksony w mojej głowie… / Ostatni dzień w roku

    Zwiedziliśmy już trochę północnych Włoch, centralnych a na deser pozostała południowa część. Był to ostatni dzień w 2008 roku, i za cel obraliśmy Neapol. Nie ukrywam że wjeżdżając do tego miasta, przeżyłem niemały szok. Znaczna większość budynków jest w okropnym stanie. Dopiero tutaj można zobaczyć różnice pomiędzy północną a południową częścią Włoch. Mediolan i Florencja to przepiękne, zadbane miasta w których jest mnóstwo turystów. Neapol okazał się ich totalnym przeciwieństwem. Widok tego miasta był dosyć smutny i przygnębiający, ale ukazał mi prawdziwe Włochy.
    Neapol to miasto pełne ciekawych klimatów. Wszędzie pełno różnego rodzaju tajemniczych uliczek i zaułków(wraz z suszącym się wszędzie praniem), w które czasami strach było wejść. Najbardziej mnie jednak rozbawił widok lodowiska, które nadal działało przy temperaturze +15°C.

    Najgorszym punktem tej wycieczki był jednak wyjazd z Neapolu. Ja się niestety poddałem, i stwierdziłem że mogę przejąć kierownicę dopiero jak wyjedziemy z miasta. To co się tam dzieje na ulicach to jest dramat. Wszyscy używają tylko klaksonów, wciskają się a na deser mało przejrzyste oznakowanie…  Chcieliśmy jeszcze odwiedzić Pompeje, jednak ani mapa ani drogowskazy nie były nas w stanie naprowadzić na to miasto. Jeśli ktoś się będzie tam wybierał, to polecam mieć ze sobą nawigację.

Neapol był ostatnim punktem odwiedzin w 2008 roku. Wszyscy powoli rozpoczynali przygotowania do świętowania 2009 roku. Jednak to wszystko odbywało się zupełnie inaczej, niż w Polsce. Nawet wśród młodzieży nie czuć tego podniecenia, jak to ma miejsce u nas.
Kiedy wybiła w końcu północ, na ulicach panowała prawie całkowita cisza. Nikt nie krzyczał ani nie śpiewał a na niebie prawie nie było fajerwerków. Nie trzeba chyba nikomu mówić co się dzieje w Polsce o 24 na dworze…

Bella macchina!

    Większość zapewne czekała na motoryzacyjny wątek w tej relacji.
Tak jak przypuszczałem, Włochy okazały się motoryzacyjnym rajem pod względem tego co jeździ na ulicach. Ten rynek trzyma przy życiu takie marki jak Alfa i Lancia. Fiatów tradycyjnie jeździ cała masa. Zaczynając od starych „pięćsetek” a kończąc na nowych. Pięknym widokiem są jednak włoskie auta na włoskich ulicach. Podam tutaj przykład nowej Lancii Delty. Jak dla mnie ładny samochód, który się wyróżnia swoją stylistyką. W Warszawie nie wiele ich jeździ, i do tego dosyć dziwnie wyglądają na naszych drogach. Jednak jak zobaczyłem nową Deltę na ulicach Rzymu, to po prostu zwaliła mnie z nóg. Nie będę ukrywał ze poczułem się niemal jak na planie reklamy telewizyjnej…

 Jako że nasze Alfy musiały zostać w Polsce, dlatego też musieliśmy mieć jakieś auto do poruszania się we Włoszech. Wybór padł na Fiata Grande Punto, którym okazał się dobrym wyborem. Pod maską drzemał 1.3 MultiJet o mocy 75KM, który przy 4 dorosłych osobach trochę się zaczynał już męczyć na autostradach. Jednak jak ktoś jeździ w 2 osoby, to ta moc w zupełności wystarcza do sprawnego przemieszczania się. Jako że było to auto z wypożyczalni to czasami się o nie baliśmy. Włosi są strasznymi kierowcami, i mogliśmy się o tym przekonać parę razy na własnej skórze.

 Na autostradach nie używają kierunkowskazów, a sama jazda na wprost sprawia im straszne problemy.
Nie sposób nie wspomnieć o obwodnicy Rzymu, która ma 3 pasy. Jeśli jednak natrafimy na korek, to dostrzegamy że z 3 pasów zrobiło się nagle 5. Tak samo jest w miastach – obok siebie stoi tyle samochodów ile się zmieści. Po prostu coś pięknego…

Co do egzotycznych aut we Włoszech, to dosyć trudno jest je spotkać na ulicach. Myślę że ludzie boją się nimi jeździć, z powodu ryzyka ich uszkodzenia. Na ulicy widziałem może ze trzy Ferrari i jedno Maserati. Z ciekawszych Alf to tylko przepięknie odrestaurowaną Giulię i drugą generację Spider’a, a z Lancii kilka przepięknych Delt.
Jednak najważniejszym punktem pod względem motoryzacyjnym, były odwiedziny salonu Ferrari i Maserati. Na dwóch piętrach zmieściło się ok. 30 aut. Na dole czekają na nas obecnie produkowane auta. Cztery różne Quattroporte, dwa GranTurismo, trzy sztuki 599, dwie 612-ki, dwie F430-ki. No i do tego 430 Scuderia z tarczami hamulcowymi wielkości felg w mojej 146. Zapomniałbym jeszcze o 575 Superamerica… Na piętrze mamy komis z używanymi autami. No i znowu cztery sztuki 360-ek, dwa F430, jedno 575 i Maserati 4200. Jak się chwilę później okazało to nie był koniec. Na zapleczu stały jeszcze inne auta na sprzedaż. Jednak największa perełka stała w serwisie – F40. Chyba każdy z nas miał plakat lub zdjęcia tego auta na ścianie. Marzenie aby móc to auto zobaczyć, w końcu się spełniło.


    

    I tym motoryzacyjnym akcentem trzeba było kończyć tą wycieczkę, która przerosła moje oczekiwania. Ameryki nie odkryłem, bo odwiedziłem tylko najpopularniejsze miejsca we Włoszech. Jednak czytanie przewodników nie jest w stanie oddać magii i klimatu tych wszystkich miejsc. Włochy okazały jednym z najbardziej przyjaznych miejsc jakie do tej pory odwiedziłem. Mimo bariery językowej, można się z nimi bez problemu dogadać w każdej sytuacji.
    Powrót na lotnisko był niestety bardzo smutnym momentem. Musieliśmy wpierw oddać naszego Punto, który przez okres wyjazdu świetnie się sprawował. Potem już tylko żmudne czekanie na samolot do Warszawy, i znowu dwu godzinne opóźnienie… Tym razem Rzym żegnał nas deszczem, a Warszawa przywitała słońcem oraz potwornym mrozem.

Link do pełnej galerii ze zdjęciami http://www.flickr.com/photos/37878700@N04/sets/72157617443042390/

Poprzedni wpis
Il Ponte poleca
Następny wpis
Lancia w filmie "Anioły i demony"

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

*

Back
Udostępnij

Rzymskie wakacje po polsku