Napisz do nas! redakcja@forzaitalia.pl

Tazio Nuvolari

Tazio Nuvolari

Tazio Nuvolari zaczął się ścigać późno – dopiero w wieku 28 lat, i to początkowo tylko na motocyklach. Jeździł na motorach Borgo, B.S.A., Norton, Harley Davidson, Sarolea, Garelli, Fongri i Indian. Gdy jego pierwsze sukcesy zostały zauważone przez silny wówczas zespół Bianchi, Tazio stał się jego członkiem, a niedługo później mistrzem Włoch.

W siedem dni później Nuvolari miał wziąć udział w prestiżowym, międzynarodowym wyścigu motocyklowym – w Gran Premio delle Nazioni, w klasie 350. Publiczność czekała na jego walkę z najbardziej utytułowanymi motocyklistami brytyjskimi, Handleyem i Simpsonem. Zainteresowanie wyścigiem było ogromne. Wiadomość o wypadku Nuvolariego przyjęto tyleż z żalem, co konsternacją. Jak to? A więc nic z tego nie będzie? Tymczasem sam Tazio wcale nie uważał się za wykluczonego z walki i zapowiedział, że wystartuje.

W piątek przed niedzielną imprezą nie miał już gorączki. Wezwał z Mantui własnego, zaufanego lekarza i dał mu szczegółowe wskazówki, by zlecić rymarzowi przygotowanie dla niego specjalnej skórzanej uprzęży. Wiedział, że będzie osłabiony. Wpadł na pomysł, by przywiązać się do motocykla. Pokazując fotografie, wyjaśniał detale swej pozycji za kierownicą. Posłał ze szpitala gońca do stajni Bianchi z poleceniem przygotowania motocykla: jego „Freccia celeste” – błękitnej strzały. Wszyscy uważali, że zwariował. Lekarze wzruszali ramionami: „Jest uparty jak osioł” i zrzekali się wszelkiej odpowiedzialności za to, co miało nastąpić. Jednak w niedzielę pomogli mu podnieść się z łóżka i zdjęli te bandaże, które najbardziej krępowały ruchy. Wspólnie założyli uprząż, a na nią czerwony sweter. Po godzinie ubieranie dobiegło końca. Tazio żartował, że czuje się, jak średniowieczny rycerz i że jeżeli upadnie razem z koniem, to już się nie podniesie. Jednocześnie przewrotnie obiecywał lekarzom, że będzie jechał ostrożnie i uśmiechał się – pogodnie i boleśnie zarazem. Nie mniej zaniepokojonych kolegów z zespołu Bianchi przekonywał: „Ależ czuję się świetnie. Tylko trochę schudłem w szpitalu. Za to jestem dzięki temu zwinniejszy, a więc także szybszy”. Podtrzymywany, wsiadł do dużej limuzyny, którą zawieziono go na tor Monza. Mechanicy przywiązali go do motocykla niczym mumię i dodatkowo umocowali sznurami. Mógł obsługiwać manetki, ale nogi miał skrępowane, co pozbawiało go jakiegokolwiek podparcia. Prawdą było to, że gdyby z jakiegoś powodu nie dojechał do boksów, upadłby na ziemię i tak już pozostał. Koledzy podtrzymywali go na linii startu, a za metą przechwycić mieli ponownie.

Tazio Nuvolari Bianchi

Tazio na Bianchi 350. Dyskutując o największym mistrzem wszechczasów (Nuvolari? Fangio? Clark? Senna? Schumacher?) pamiętajmy, że Tazio należał także do czołówki asów w dziejach wyścigów motocyklowych.

Wyścig na dystansie 300 km, rozgrywany 13 września, w brzydki, deszczowy dzień, wymagał wielkiego wysiłku nawet od zawodnika w doskonałej kondycji fizycznej. Wyczerpujące było samo pokonanie tej odległości i dojechanie do mety, nie mówiąc o walce z czołowymi motocyklistami włoskimi i angielskimi. Na pierwszych okrążeniach Tazio utrzymywał się w środku stawki. Później przesunął się o kilka miejsc do przodu. Korzystając z postoju Handleya na tankowanie wyszedł na prowadzenie i utrzymał je przez dużą część wyścigu, aż do 28 z 30 okrążeń. Wtedy jednak Handley dogonił go i wyprzedził. Nuvolari nie dał za wygraną, trzymał się tuż za rywalem, nie odpuszczał go nawet na kilkanaście metrów, szukając okazji do kontrataku. Anglik dobywał ze swego Rexa Acme 350 ostatnie rezerwy mocy, by pozbyć się Mantuańczyka, który jechał mu na kole. Na parę kilometrów przed metą nic się nie zmieniło. Handley uciekał, a Nuvolari ścigał zawzięcie, starając się ugryźć. Tak przemknęli przed trybunami i po raz ostatni znikli za zakrętem. Publiczność nie huczała. Było tak cicho, że napięcie groziło wybuchem. Jeszcze kilka minut i dało się słyszeć warkot motoru. Jednego tylko! Nuvolari samotnie przeciął linię mety. Handley stracił prowadzenie i chcąc na nowo wyprzedzić, zażądał od swojej maszyny zbyt wiele. Przekręcił silnik. Został na niewidocznym z mety, przeciwległym odcinku toru, zdegradowany do roli piechura.

Tazio Nuvolari

Tazio zwycięża (na Bianchi, w klasie 350) w GP delle Nazioni w Monza. Wrzesień 1926.

Nuvolari zemdlał już w czasie odpinania od motoru. Gdy doszedł do siebie, dowiedział się, że zanotował średnią prędkość 124 km/h, a najszybsze okrążenie pokonał z prędkością ponad 135 km/h. Były to liczby właściwe dla klasy 500; dla 350-ek niemal niewiarygodne. Po kilku dniach, odzyskawszy siły, Tazio relacjonował: „W czasie ostatnich okrążeń chwilami nie widziałem toru. Miałem halucynacje, czułem, że tracę przytomność. Mówiłem do siebie: dość tego, musisz się wycofać. Jeżeli wytrzymałem i walczyłem dalej, to dlatego, że od strachu o to, że wylecę z trasy w trawę i połamię kolejne kości, silniejsza była inna obawa: że przecież nie mam jak się wycofać. Jeżeli zwolnię i zgaszę silnik, nie będę mógł zejść z siodełka. Upadnę na tor i pozostanie mi czekać, aż przejadą mnie następni”.

Tego dnia narodziła się legenda Nuvolari.

***

Sitges, Hiszpania. Rok 1923. Młody Nuvolari, już uznany mistrz motocyklowy, dopiero rozpoczynał karierę wyścigową na czterech kołach, a dokładniej na Chiribiri Tipo Monza 1500. Z okazji otwarcia toru Terramar odbywały się dwie imprezy: 29 października Gran Premio motocyklistów, a w sześć dni później GP w kategorii voiturettes, czyli samochodów o małej pojemności. Nuvolari startował w obydwu. Nietrudno wyobrazić sobie, o czym rozmawiali młodzi włoscy kierowcy, spędzając kilka wieczorów w swobodnej atmosferze w hotelu w tym katalońskim miasteczku pod Barceloną. Szczególnie, że usługiwała im ponętna córka właściciela. Tazio przyjął od swoich towarzyszy zakład, że uda mu się ją pocałować. Jednak do końca wieczoru pozornie nie zwracał uwagi na spłoszoną dziewczynę. Nazajutrz odbywały się treningi przed wyścigiem. Tor był monotonny i trudny: owalny autodrom, dwa pełne nawroty o podniesionym profilu, dwa kilometry długości i monstrualna liczba 300 przewidzianych okrążeń. Tazio po kilkunastu pierwszych rundach wprawił gapiów i dziennikarzy oglądających trening w oczarowanie graniczące z przerażeniem. Jechał szybciej niż ktokolwiek przedtem na tym obiekcie. Z każdym okrążeniem przyśpieszał. Na zakrętach wykorzystywał profil do ostatniego centymetra, pędził po samym zewnętrznym skraju jak kulka w ruletce. W czasie przerwy podjechał pod hotel i zaproponował dziewczynie przejażdżkę. Biedaczka nie mogła się oprzeć zaciekawieniu, jakie budziła w niej wściekle czerwona wyścigówka i wcisnęła się obok niego do ciasnej kabiny, nie wiedząc, co ją czeka. Diaboliczny Włoch wrócił na tor i ruszył jak poprzednio. Nieco wolniej, bo jedną ręką obejmował zmartwiałą ze strachu dziewczynę. W połowie wirażu, przy prędkości ponad 150 km/h, rozstrzygnął zakład na swoją korzyść. Gdy zjechał do boksu i zatrzymał się przy kolegach, młoda Hiszpanka odzyskała swój temperament. Jednak otrzymany przez kierowcę policzek był przez niego wliczony w rachubę: gdyby ktoś nie zauważył samego pocałunku, to tutaj był niezbity dowód jego wygranej.

Tazio Nnuvolari

Tazio i jego prywatny samolot SAIMAN

***

Kwiecień 1924 r. Circuito del Golfo del Tigullio koło Rapallo. Przed wyścigiem najbardziej spostrzegawczy spośród kibiców zauważyli, że Nuvolari wymknął się z grupki kierowców i mechaników na piesze zwiedzanie przynajmniej fragmentu trasy. Ci, którzy poszli jego śladem, zastali go oglądającego z uwagą znak ustawiony przez ostrym, groźnym wirażem. Na połaci starej blachy farba łuszczyła się i odpadała, ale treść można było odczytać. Kiedyś na znaku napisane było: „pericoloso – rallentare”, czyli „niebezpiecznie – zwolnić! Teraz jednak, gdy środkowy myślnik odpadł razem z płatem rdzy, znak wyraźnie przestrzegał kierowcę: „pericoloso rallentare” (co można przełożyć na „niebezpiecznie jest zwalniać”). Nuvolari uśmiechał się i komentował: „Świetni są ci organizatorzy. Nawet znak postawili specjalnie dla mnie”. Na trasie wyścigu rzeczywiście jechał jak opętany, hamował bardzo mało, kilka razy wylatywał z trasy i powracał na nią, raz zatrzymał się na samym skraju wysokiego, nadmorskiego urwiska. Nie koniec na tym. Gdy już prowadził, w jego Bianchi Tipo 18 pękła jedna z opon i natychmiast spadła z felgi. Samochód gwałtowne zarzucił i wypadł z drogi do rowu. Gdy oszołomiony mechanik dochodził do siebie, Mantuańczyk już sprowadził na pomoc grupkę kibiców, wspólnie z nimi wypchnął samochód na tor i ruszył dalej. Z poprzednich okrążeń miał taki zapas przewagi, że utrzymał się na pierwszej pozycji, przed atakującym Balestrero i wygrał wyścig, odnosząc pierwsze w swoim życiu samochodowe zwycięstwo w klasyfikacji generalnej. W gazetach tak opisywano jego przybycie do mety: „Nuvolari zwyciężył mimo wszystkich przygód. Finiszował na resztkach samochodu: na samych felgach, z połamanymi resorami i karoserią pogiętą jak stary papier”. Widzowie nie zapomną tego, co ujrzeli, gdy przekroczył linię mety: w kabinie nic nie zostało na swoim miejscu. Tazio prowadził bez fotela, a zamiast zgubionej kierownicy miał wczepiony w kolumnę klucz nastawny. W kącie kokpitu, głową do dołu, skulony jak karcony pies, leżał jego mechanik, wymazany olejem i błotem.

Tazio Nuvolari

Słońce, pył, legenda

***

Nuvolari zaczął startować w wyścigach samochodowych w 1923 r., w wieku 32 lat, nie rezygnując z udziału w imprezach motocyklowych. W 1927 r. założył własny zespół, dla którego kupił dwa Bugatti 35B i pozyskał partnera, którym był inny znany i ceniony kierowca, Achille Varzi, podobnie jak sam Nuvolari, również zawodnik motocyklowy. Ich partnerstwo wkrótce przerodziło się w zaciekłą rywalizację. Zamożny Varzi odszedł z teamu i kupił Alfę P2, samochód potężniejszy, który dawał mu przewagę nad Tazio. Do legendy przeszedł wyścig drogowy Mille Miglia 1930 r., w którym Nuvolari, wówczas już kierowca zespołu Alfa Romeo i znowu rywal Varziego, pokonał go przez dość nietypowe zaskoczenie. Późno w nocy dogonił go jadąc ze zgaszonymi światłami. Varzi przez dłuższy czas nie miał pojęcia, że tuż za jego ryczącą maszyną czai się w mroku druga Alfa. Oba samochody jechały niemal jak połączone. Na trzy kilometry przed metą Tazio zrównał się z Varzim, uśmiechnął do niego triumfalnie, włączył reflektory i pognał po zwycięstwo.

Tazio Nuvolari

Tazio Nuvolari

Kamień milowy legendy: Nuvolari i Guidotti w drodze po „wygraną ze zgaszonymi światłami” w IV Mille Miglia w kwietniu 1930 r. na Alfa Romeo 6C 1750 GS Zagato.

***

Było to w maju 1926 r. Nuvolari wystartował na motocyklu Bianchi 350 na torze Solitude w Stuttgarcie. Miał wypadek, wyleciał z drogi. Wydawało się, że odniósł bardzo ciężkie obrażenia, a sprawozdawca radiowy posunął się do stwierdzenia, że zawodnik być może zginął. Z Włoch, gdzie dotarły niejasne i niepokojące wieści, natychmiast pojechał do Niemiec specjalny wysłannik, by na miejscu dowiedzieć się prawdy. W szpitalu Nuvolariego nie zastał – w rzeczywistości kraksa nie była groźna i motocyklista po jednym dniu zakończył kurację, po czym udał się na dworzec, by kupić bilet na pociąg powrotny do Włoch. Śpieszył się, bo za tydzień zamierzał wystartować, znowu na Bianchi, w kolejnym wyścigu, na Circuito del Savio w Rawennie. Uczynił to istotnie i tam również miał wypadek. Po zderzeniu z innym zawodnikiem na 2 okrążeniu upadł na tor, ale podniósł się i mimo nowych kontuzji utrzymywał się na pierwszym miejscu. Ranny w lewą rękę, prowadził tylko prawą. Dopiero na 10 okrążeniu, tracąc siły, półprzytomny zjechał do boksu, gdzie zajęli się nim lekarze.

Tazio Nuvolari

Days when we were young…

***

W ciągu swej długiej kariery Nuvolari przeżył bardzo wiele wypadków motocyklowych i samochodowych, co jest zrozumiałe, skoro zawsze jeździł poza wszelkimi granicami ryzyka. Szacuje się, że co najmniej siedem spośród jego wypadków powinno być śmiertelnych i właściwie nie wiadomo, jakim cudem Nivola uszedł z nich z życiem. Nie tylko nie ginął, lecz także za każdym razem zadziwiająco szybko dochodził do zdrowia, tak, jakby cały jego organizm czuł, że pobyty w szpitalu są stratą czasu, który można wykorzystać do kolejnych zwycięstw. Wszystko zrastało mu się i goiło prędzej niż innym, co nie zmienia faktu, że nie czekał, aż całkowicie wydobrzeje i zjawiał się na starcie wyścigów ze szwami i opatrunkami wyniesionymi z poprzednich. Wytrząść na odcinku 500 km jeszcze nie zrośnięte kości? To nie przedstawiało dla niego problemu. Nie raz dochodziły niejasne wieści o jego losie, a raz plotkę, że tym razem naprawdę zginął, podchwyciła prasa. W dzień po bardzo groźnym wypadku gazety zawiadomiły o jego śmierci. Wkrótce później, udzielając wywiadu, Nuvolari powiedział: „Gdy mówią lub piszą, że już po mnie, zawsze odczekajcie trzy dni z płakaniem. Bo nigdy nic nie wiadomo”.

***

W sobotę wieczorem, 8 sierpnia 1931 r., Nuvolari zawiadomił swego mechanika Compagnoniego że nazajutrz wystartują w wyścigu Circuito delle Tre Provincie. Nie pierwszy raz decydował się na start na kilkanaście godzin przed imprezą.

Niedziela rano. Kierowca i mechanik są już na starcie. Nie trenowali na trasie, nie znają jej. Wiedzą tylko, że jest to prawie 130 km górskich dróg w Apeninach Toskańsko-Emilijskich, między Bolonią, a Pistoią. Trasa zaczyna się w Porretta Terme. Dalej same zakręty, leśne serpentyny, wzniesienia i spadki. Kolejno ruszają Ferrari, Borzacchini. Wreszcie Nuvolari. Rozpędza się i od pierwszych wiraży jedzie na granicy katastrofy. Na długim zjeździe zbliża się do skrzyżowania. Nie zwalnia ani trochę. W miejscu, gdzie droga na chwilę wyrównuje do profilu przecznicy, samochód najpierw potwornie dobija, a potem wykonuje długi skok. Compagnoni z całej siły łapie za uchwyt, ale ten odpada. Mechanik, wyrzucony siłą uderzenia z fotela, prawie wypada z samochodu, ręce wymachują w powietrzu, nie mogąc znaleźć oparcia. Nuvolari, składając się bez zwalniania do kolejnego zakrętu, lewą ręką wciąga kolegę z powrotem na miejsce. Jednak po chwili zawodnicy muszą się zatrzymać. Wstrząs zablokował cięgła przyśpiesznika. Mechanik podnosi maskę i widzi zerwaną sprężynę. Ściąga pasek spodni, zaczepia o dźwignię przepustnicy i przepuszcza przez szczeliny w pokrywie silnika. Od tej pory Nuvolari kieruje, zmienia biegi i swoim zwyczajem tylko wyjątkowo hamuje, a Compagnoni prawą ręką obsługuje gaz. Aby utrzymać równowagę, lewą musi wystawić na zewnątrz i mocno obejmować burtę wozu. W jego ramię sieką gałęzie, biją wyrzucane spod koła kamienie. Do mety dojedzie z opuchniętą, pokrwawioną ręką. Ale na razie Tazio nie zwraca na to uwagi. Koło Abetone przejeżdża jak nawiedzony: musi dogonić Ferrariego. Konkurent ma nową Alfę 8C 2300, mocniejszą od sześciocylindrowej 6C 1750 Gran Sport, prywatnego samochodu Nuvolariego. Faworytem jest Borzacchini – też dysponuje Alfą 8C, a przy tym jest lepszym kierowcą niż szef Scuderii. Ale on nie wygra: już się wycofał. Na mecie Ferrari jest pierwszy. Publiczność wiwatuje na jego cześć. On jednak pamięta, że musi jeszcze poczekać na czas Nivoli, który startował później. Wpatruje się w tarczę zegarka i w swoją drżącą rękę. Wie, że ma się czego obawiać. Gdy 6C mija go w pełnym pędzie na linii mety, Enzo z rezygnacją opuszcza chronometr. Przegrał o kilka sekund. W wyścigu, którym praktycznie zakończył swoją karierę sportową. A Nuvolari już jest na rękach fanów, podrzucany do góry. Jego średnia prędkość przekroczyła wszelkie oczekiwania, jest absolutnym rekordem trasy. Alfa 1750 pokonała swą większą o dwa cylindry siostrę. Także Compagnoni zachowa osobistą pamiątkę tego zwycięstwa: blizny na ręce zostaną mu już na zawsze.

***

Podczas treningów przed inną edycją wyścigu Trzech Prowincji Enzo Ferrari zapoznawał się z trasą wspólnie z Nuvolarim. Zamierzał wystartować w tej imprezie, i to samochodem o większej mocy niż maszyna Mantuańczyka. Ponieważ jego Alfa nie była jeszcze przygotowana, Ferrari dosiadł się do Tazia jako pasażer. Ł»aden z nich nie jechał przedtem tą drogą. „Ruszyliśmy i zaraz na pierwszym zakręcie zrozumiałem, że mistrz popełnia błąd, źle wchodzi w łuk i za chwilę wylądujemy w rowie” – wspomina Ferrari. „Cały zesztywniałem i czekałem na uderzenie. Tymczasem znaleźliśmy się na następnej prostej, a wóz szedł stabilnie i po idealnej linii. Zerknąłem na Tazia – na jego twarzy panował absolutny spokój, nie wyglądał jak człowiek, który przed chwilą ledwie uszedł śmierci. Atak strachu powtórzył się na drugim zakręcie, który wzięliśmy dokładnie w ten sam sposób. Przy czwartym-piątym łuku zacząłem obserwować, co się właściwie dzieje. Najpierw zauważyłem, że Tazio ani na chwilę nie popuszcza nogą pedału gazu, który pozostaje przyciśnięty do podłogi. Alfa furczała na pełnych obrotach, zakręt przechodził w zakręt, a ja stopniowo odkrywałem tajemnicę. Nuvolari wchodził w łuk wcześniej niż instynkt nakazałby mi to zrobić. Wydawało się, że robi to w oczywisty sposób za wcześnie. W dodatku za gwałtownie: szybkim ruchem kierownicy ustawiał wóz nosem do wewnętrznej krzywizny, jakby celując w miejsce, w którym zakręt się dopiero zaczynał. Gaz był w pozycji dno, oczywiście po uprzedniej redukcji. W ten sposób wprowadzał samochód w czterokołowy poślizg, dzięki czemu teoretycznie wroga nam siła odśrodkowa właśnie pchała nas w światło łuku, a dobrze dobrane obroty nie pozwalały tyłowi wozu zawinąć się po zewnętrznej. Przez całą długość zakrętu przód wozu golił wewnętrzną krawędź drogi, a gdy łuk się kończył, w naturalny sposób celowaliśmy idealnie w otwierającą się przed nami prostą, gotowi do przyśpieszania bez konieczności prostowania kierownicy”. Ferrari przyznaje, że szybko się przyzwyczaił do tej techniki, bo Nuvolari robił to za każdym razem na kilkuset zakrętach trasy, i to za każdym razem dokładnie tak samo. „Wiedziałem już, że Tazio wie, co robi, niemniej przed każdym łukiem, szczególnie przy zjazdach ze wzgórz, miałem w brzuchu to głuche, mdłe uczucie, które na pewno wszyscy znacie”.

Tazio Nuvolari Campari

Koledzy z zespołu: Campari i Nuvolari w 1931 r.

***

W grudniu 1931 r. na rzymskim Autodromo del Littorio odbył się emocjonujący pojedynek dwóch maszyn: na dystansie 17 km (5 okrążeń po 3400 m) ścigali się Tazio Nuvolari na Alfa Romeo 8C 2300 Monza i pilot Suster na turystycznym dwupłatowcu Caproni 100. Zaraz za linią startu lekka wyścigówka zyskała od razu ponad 50 m. przewagi, później jednak Suster szybko odzyskiwał straty, dokonując cudów zręczności, by zgodnie z regulaminem utrzymać się nad obrysem toru. Samochód i samolot pędziły w przerażająco małej odległości, na zakrętach kołyszące się skrzydło prawie dotykało głowy kierowcy. Zwyciężył Suster na Caproni z czasem 6 min. 12,6 sek. Alfa przejechała linię mety o kilka metrów za ogonem samolotu, ze stratą tylko 1,4 sekundy (czas 6’14”).

***

Gdy Nuvolari wyjeżdżał na Sycylię, na wyścig Targa Florio w 1932 r., na stacji kolejowej podszedł do niego Enzo Ferrari. Gdy wręczył mu bilety na pociąg – w pierwszą stronę i powrotny – Nuvolari powiedział: „Wiesz, co? Mówią, że masz głowę do interesów, ale dla mnie coś się tu nie zgadza. Przecież na razie powinieneś dać mi tylko bilet w tamtą stronę. W moim rzemiośle jadąc gdzieś zawsze liczę się z tym, że wrócę w drewnianej skrzynce”.

***

Tazio Nuvolari

„Instrukcje przed startem: „Jeśli się boisz, to chowaj głowę!”

Na Targa Florio w 1932 r. Tazio poprosił Enzo Ferrariego o mechanika, który ważyłby mniej niż on sam. Ł»ądanie było trudne do zrealizowania (Nuvolari był niewysoki i drobnej budowy), niemniej na tak długi i ciężki wyścig drogowy każdy z kierowców tradycyjnie zabierał ze sobą mechanika. Warunki te spełniał jedynie Paride Mambelli, bardzo młody chłopak, który nigdy przedtem nie jechał w żadnym wyścigu. Nuvolari zapytał go znienacka, czy boi się z nim jechać. Paride odparł, że najbardziej boi się kapotażu – samochód może wylecieć z drogi i koziołkować, a kierowców przecież nic nie chroni od góry. Tazio uspokoił go w osobliwy sposób: zapewnił, że będzie go ostrzegał krzyknięciem w chwili zbliżania się do niebezpiecznych zakrętów z o wiele za dużą prędkością, czyli wtedy, gdy będzie przewidywał, że najpewniej faktycznie wylecą z drogi. Chłopak miał wtedy schylać głowę pod deskę rozdzielczą wozu i – przynajmniej na tym polegał pomysł – bać się nieco mniej nie patrząc na to, co się dzieje i kryjąc się przed zabójczym kapotażem. Po wyścigu, który Tazio, jadący na Alfie 8C 2300 Monza zakończył zwycięsko w doskonałym stylu, Ferrari zapytał mechanika, jak podobała mu się jazda. „Nie wiem” – usłyszał w odpowiedzi. „Tazio krzyknął po raz pierwszy na samym początku i potem już wrzeszczał przez cały czas. Ani na chwilę nie wychyliłem głowy spod burty”.

Tazio Nuvolari Mambelli

Mambelli usłuchał już na starcie…

 Tazio Nuvolari Targa Florio

Na trasie XXIII Targa Florio: Alfa 8C 2300 Tipo Monza Nuvolariego na moście nad Imerą koło Caltavuturo.

***

Do francuskiego Grand Prix de l’ACF w 1932 r. Scuderia Ferrari wystawiła 3 Alfy P3, które prowadzić mieli Nuvolari, Borzacchini i nowy as w zespole, Rudolf Caracciola. Po tym, jak seria awarii wykluczyła z walki samochody Bugatti, wozy z Modeny zostały na trasie praktycznie bez konkurencji i pozostawało tylko rozstrzygnięcie, kto ma zająć pierwsze miejsce. Prowadził Nuvolari i zanosiło się na to, że zwycięży, jednak szef Enzo Ferrari i obecny w pit-stopie Vittorio Jano mieli inne plany. Już przed startem uzgadniali z zawodnikami, że jeżeli będą w czołówce, powinni zrównać się i przejechać linię mety równocześnie. Byłby to efektowny finał: potrójne pierwsze miejsce dla Alfa Romeo. Gdy lider przejeżdżał obok stanowisk Scuderii, Jano pokazał mu planszę sygnalizacyjną z narysowaną flagą i napisem Rallentare – Zwolnić! W odpowiedzi Nuvolari jeszcze przyśpieszył i wygrał wyścig. W chwilę później zjechał do boksów. Przyjęto go chłodno i zażądano wyjaśnień na temat nieposłuszeństwa. Mało który aktor zachowałby się wtedy równie przekonywająco jak mistrz z Mantui. Zrobił zdumioną minę i zaczął gestykulować: Jak to? Niemożliwe! Może to przez rażące słońce, a może przez te zielone okulary, ale gotów jest przysiąc, że dostrzegł kolory flagi oznaczającej „Droga wolna!”. Mówił to tak naturalnie, z wyrazem takiej niewinności na twarzy, że Jano sam zaczął wątpić w to, jaką planszę chwycił i pokazał przejeżdżającemu zawodnikowi.

***

We wrześniu 1932 r. Nuvolari na Alfie P3 zaciekle walczył z Luigi Fagiolim, jadącym na 16-cylindrowym Maserati W5, w wyścigu kwalifikacyjnym przed Gran Premio di Monza. Ich widowiskowy pojedynek doprowadził publiczność do euforii. Na starcie najszybszy był Taruffi. Wszyscy czekali w napięciu, który samochód pojawi się jako pierwszy u wylotu zakrętu przed prostą startową: jasnoczerwony, zaokrąglony dziób Biscione, czy ciemniejszy, malinowy i pochylony Tridente. Przez tłum widzów biegła pogłoska, że prowadzi Fagioli. I rzeczywiście. Ale w połowie drugiego okrążenia Nuvolari wyprzedził go i wyszedł na prowadzenie. Na trzecim nastąpił rewanż, ale nie na długo – jeszcze zanim pętla zamknęła się, Tazio ponownie był liderem. Po czwartym okrążeniu obaj mistrzowie przemknęli przed trybunami łeb w łeb. Na piątym Nuvolari nadjechał długo po Fagiolim, powoli, z przebitą przednią, lewą oponą – skutek uderzenia w bandę przy wyjeździe z przejazdu pod wiaduktem. Zmiany koła dokonano bardzo szybko, ale Tazio zakończył rundę eliminacyjną na 2 miejscu, w ponad minutę za swym rywalem.

W przerwie przed wyścigiem głównym Ferrari złożył protest. Okazało się, że w pewnej chwili Fagioli niebezpiecznie rzucił samochodem, zajechał drogę Nuvolariemu i zmusił go do ratunkowego manewru, który zakończył się uderzeniem w murek. Samochód odbił się i w poślizgu obrócił poprzecznie do jezdni; na szczęście Tazio zdołał go opanować. Gorzej, że przy nagłym skręcie kierownicy skręcił rękę w nadgarstku. Wersja Fagiolego była oczywiście inna: to Nuvolari wpychał się swoim wozem tam, gdzie nie było dla niego miejsca (trzeba przyznać, że brzmi to prawdopodobnie). Niemniej, Ferrari zagroził bojkotem wyścigu głównego i wycofał wszystkie Alfy z linii startu, żądając, by Fagioli został zdyskwalifikowany. Interweniowali wysoko postawieni działacze; protest żądał odrzucony. Pomogła też mediacja Vincenzo Florio. Nuvolari podszedł do Fagiolego i objął go na znak, że nie ma do niego żalu, co publiczność przyjęła gorącą owacją. Gdy w końcu finał się rozpoczął, Nuvolari z obandażowaną ręką szybko zapewnił sobie pierwszą pozycję. Walczył z konkurentami i z tępym bólem, rozlewającym się na całe ramię. Często oglądał się za siebie w obawie przed atakami rywali, na prostych, przy prędkościach ponad 200 km/h zdejmował kontuzjowaną rękę z kierownicy, by dać jej choć chwilę odpoczynku i prowadził jedną dłonią. Ale utrzymanie samochodu w zakrętach wymagało wielkiego wysiłku obu rąk i wtedy ból stawał się nieznośny. Gdy wydawało się, że nic nie może odebrać Nuvolariemu zwycięstwa, nastąpiła awaria baku paliwa. Dotarł do mety, ale z krótkim postojem w boksach, podczas którego wyprzedzili go Caracciola i Fagioli.

***

Nuvolari nie odznaczał się tak drobiazgową dbałością o strój, tak dandysowskim wyrafinowaniem, jak Varzi, ale przywiązywał wagę do swojego zewnętrznego wizerunku w inny sposób. Do wyścigów zawsze ubierał się tak samo. Przestrzegał tego z żelazną konsekwencją; można by niemal podejrzewać go o zabobon. Na jego torowy mundur składały się niebieskie spodnie, żółty, czy też raczej jasnopomarańczowy sweter z wyhaftowanym na piersi monogramem ze splecionych liter T N oraz oraz przypięta na piersi brosza w formie złotego żółwia. Był to jego talizman, podarunek otrzymany w 1932 r. od Gabriele D’Annunzia, wraz z dedykacją: „dla najszybszego człowieka świata – najpowolniejsze zwierzę świata”. Poeta z Gardone Riviera był jego znajomym i, jak inni, pełnym entuzjazmu obserwatorem jego sportowej kariery. Gościł go kilkakrotnie u siebie w Vittoriale i, o czym warto pamiętać, to on nadał mu przydomek Mantovano volante – Latający Mantuańczyk.

Tazio Nuvolari Mille Miglia

Skupienie mistrza przed startem…

Tazio Nuvolari Mille Miglia

 … i radość na mecie. Triumf Nuvolariego na Alfie 8C 2300 Zagato w VII Mille Miglia. Kwiecień 1933.

***

W 1933 r. Nuvolari odbył krótką podróż do Irlandii Północnej, by wziąć udział w wyścigu Tourist Trophy, startując jako gość na MG K3 Magnette doładowywanym sprężarką mechaniczną. Tazio totalnie zdominował wyścig, do mety dotarł na długo przed pierwszym z konkurentów, a następnie, pytany przez dumnych ze swego wozu Brytyjczyków o to, jak spodobały mu się hamulce (konstruktorzy chwalili się, że właśnie w tym modelu MG były one rewelacyjne), odpowiedział: „Trudno powiedzieć. Właściwie to ich nie używałem”.

***

15 czerwca 1935 r. Nuvolari podjął próbę bicia absolutnego rekordu szybkości na prostej. Miejscem próby był ośmiokilometrowy odcinek autostrady wiodącej z Florencji nad morze Liguryjskie (czyli słynnej Firenze-Mare, pierwszej włoskiej autostrady), między Montecatini a Altopascio, a narzędziem – Alfa Romeo Bimotore, dwusilnikowe monstrum, zbudowane w Scuderii Ferrari do rywalizacji z potężnymi, niemieckimi wyścigówkami Auto Union i Mercedes. Dzień nie sprzyjał zamierzeniu – wiał boczny wiatr, w porywach dość silny. Nuvolari jednak postanowił pojechać. Gdy samochód mknął z prędkością około 320 km/h, otrzymał mocny, prostopadły podmuch. Kierowca walczył o utrzymanie się w szerokości jezdni na odcinku ponad 200 m. Wydawało się, że jest już w poślizgu i nie ma dla niego ratunku, ale opanował pojazd, wykazując się tyleż zdumiewającą techniką, co niezwykłą koncentracją i zimną krwią. Gdy uświadomił sobie, że znów jest panem sytuacji, mógł zwolnić, przerwać próbę, ale jechał dalej w tym samym tempie i po chwili po raz kolejny walczył z ciosami wiatru spychającymi pojazd z drogi. Za linią mety okazało się, że ustanowił dwa nowe rekordy: lotny kilometr pokonał w czasie 11 sekund, co daje średnią prędkość 321,420 km/h, a milę w ciągu 17 s., czyli z przeciętną prędkością 323,125 km/h. Pod koniec całego dystansu najwyższa chwilowa zarejestrowana szybkość przekraczała 360 km/h. „Nigdy przedtem ani później nie ryzykowałem tak bardzo. Nawet wtedy, gdy mój samochód zapalił się w czasie wyścigu w Pau, nie byłem w takim niebezpieczeństwie” – powiedział wiele lat później, wspominając swój wyczyn.

Tazio Nuvolari

Tazio Nuvolari

Próby bicia rekordu prędkości Alfą Bimotore na nowej autostradzie z Florencji nad morze i trening na autostradzie Mediolan-Brescia. Czerwiec 1935

***

W 1935 r. Nuvolari, znów startujący w barwach Alfa Romeo, odniósł jedno ze swoich najbardziej spektakularnych zwycięstw, w Grand Prix Niemiec na torze Nurburgring. Jadąc na nie nowej już Alfie P3, w słabo obsadzonym zespole (najlepsze czasy ekipy Scuderia Ferrari minęły kilka lat wcześniej), walczył przeciw całej potędze narodu niemieckiego. Można tak powiedzieć, miał bowiem przeciw sobie dwa doskonale przygotowane teamy Mercedesa i Auto Uniona, w sumie 9 nowoczesnych samochodów, z których każdy miał większy silnik i moc oraz lepsze osiągi niż wystawione przez Ferrariego wozy Alfa Romeo. Respekt budziła także reprezentacja niemieckich zespołów: Caracciola, Fagioli, Lang, von Brauchitsch i Geyer w barwach Mercedesa; Rosemeyer, Varzi, Stuck i Pietsch na Auto Unionach. Dwustutysięczna publiczność oczekiwała na zapowiadany triumf Niemców. Na honorowej trybunie zasiedli notable partii NSDAP i oficerowie hitlerowscy.

Tazio Nuvolari Nurburgring

Nuvolari i jego Alfa Tipo B na trasie GP Niemiec. Nurburgring, 28 lipca 1935.

To miał być z góry zaplanowany pogrom Francuzów, Włochów, Anglików. Wielkie, propagandowe zwycięstwo. Nuvolari dopiero niedawno doszedł do zdrowia po wypadku. Od dłuższego czasu nie wygrał żadnego wyścigu. Miał już 43 lata i można było sądzić, że jest to schyłek jego kariery. A jednak to właśnie on jako chyba jedyny wierzył, że tego dnia może zwyciężyć. Na jego korzyść przemawiał charakter toru: trudny, techniczny, bardzo kręty (174 zakręty na 28-kilometrowej pętli), premiujący raczej umiejętności niż prędkościowe osiągi maszyn. Tazio ufał w swoją technikę jazdy i w zwrotność Alfy. I rzeczywiście, na wilgotnym, zamglonym torze pojechał na granicy genialności i katastrofy, tnąc łuki z centymetrową dokładnością, hamując później i mniej niż inni, rewelacyjnie planując taktykę walki. W morderczym pościgu wykluczał z walki kolejnych konkurentów, po czym przystąpił do decydującego ataku i wyszedł na prowadzenie. Następnie je stracił z powodu awarii pompy przy tankowaniu, ale z trzeciego miejsca, za von Brauchitschem, Rosemeyerem i Caracciolą, ponownie ruszył w pogoń. Gdy kolejne dwa wozy niemieckie nie wytrzymały wibracji od bazaltowej nawierzchni i odmówiły posłuszeństwa, odzyskał drugą pozycję.

Tazio Nuvolari Nurburgring

Tazio udziela wywiadu przed GP Niemiec w 1935 r. – największym zwycięstwem w swojej karierze.

Prowadzący Mercedes rozpoczął ostatnie okrążenie na prowadzeniu. Publiczność zapamiętała ten widok i nie wierzyła, by w samej końcówce miało się coś zmienić. Ale bardzo mocne samochody niemieckie w ogromnym tempie zużywały ogumienie. Von Brauchitsch nie zmienił kół w drugiej połowie trasy. Miał nadzieję, że dojedzie do mety, choćby na resztkach opon. Przeliczył się. Gdy na trybunach słychać już było narastający ryk silnika, wszyscy wstali z miejsc i wpatrywali się w sine pasmo mgły i wyłaniającą się z niej ostatnią prostą. Po chwili pojawił się pędzący samochód. Ale nie srebrny niczym pocisk ze skroplonego oparu i pochmurnego nieba, lecz ogniście czerwony. Po 23 okrążeniach (i ponad 500 km trasy) Nuvolari przemknął jako pierwszy przed główną trybuną, psując zaplanowane, wspaniałe święto żelaznej Trzeciej Rzeszy.

Po pierwszym szoku widownia potrafiła docenić jego sensacyjny triumf. Owacja długo nie milkła. Setki par błękitnych oczu wpatrywały się z niedowierzaniem w stojącą za metą starą Alfę. Przecież taki samochód nie mógł pokonać najlepszych na świecie maszyn niemieckich. To było pewne. A skoro tak, to uczynił to geniusz kierowcy. Od tej pory niemieccy fani wyścigów nazywali Nuvolariego „Der Teufel” – Diabeł.

Tazio Nuvolari

Tazio Nuvolari. Tak pamięta go świat.

***

W jednym z wyścigów Grand Prix wkrótce po starcie na tor spadł ulewny deszcz, spłukując kurz i zamieniając trasę w śliskie jezioro. Na kraksy zawodników nie trzeba było długo czekać. Na jednym z zakrętów kilka samochodów wpadło na siebie, wprawdzie niegroźnie, ale blokując przejazd. Kierowcy starali się wycofać swoje wozy, kręcili się niezdarnie po zalanej jezdni, tymczasem co chwilę dołączali kolejni i potęgowali zamieszanie. Gdy nadjechał startujący w środku stawki Nuvolari, już kilkanaście poobtłukiwanych samochodów tarasowało tor i połać trawy przy jego krawędzi. Tazio wiedział, że jeżeli hamując wpadnie w poślizg, działająca jak automat koordynacja ruchów utrzyma go na torze jazdy, a to oznaczało uderzenie w powstały korek. W ten sposób zakończyło wyścig kilku poprzednich kierowców. Zamiast tego Nuvolari gwałtownie dodał gazu, podnosząc obie ręce do góry. Gdy nieprzewidywalny manewr wyrzucił jego samochód daleko od toru, natychmiast opanował kierownicę, wymijając zator szerokim łukiem, pojechał dalej i wygrał wyścig.

Tazio Nuvolari Enzo Ferrari Luigi Bazzi Louis Chiron

Wielka plejada za Alfą Bimotore Nuvolariego: od lewej Enzo Ferrari, nn, Luigi Bazzi, Carlo Felice Trossi, (w pierwszym rzędzie w garniturach) Louis Chiron, Tazio Nuvolari, René Dreyfus, nn w okularach i Antonio Brivio.

***

Niezwykłe było zwycięstwo Tazia Nuvolari w X Coppa Ciano, 2 sierpnia 1936 r. Wystartował na Alfa Romeo Tipo C 12C-36, jednak na piątym okrążeniu – ku rozpaczy kibicujących mu fanów – zatrzymała go awaria mechanizmu różnicowego. Nie dojechał nawet do pit-stopu: dotarł tam biegiem, zastał Pintacudę dłubiącego razem z mechanikami przy Alfie 8C-35 i w ciągu kilku sekund rozpętał piekło: mają mu w tej chwili dać ten wóz! Nie szkodzi, że jest starszy i mniej konkurencyjny od jego 12C. Nie interesuje go, że jedzie nim Pintacuda. Jeżeli za trzy sekundy nie dostanie tej Alfy, jeszcze dziś odchodzi ze scuderii! Wykrzykiwał to wszystko gestykulując i na siłę wdrapując się do kokpitu wyścigówki kolegi. Pintacuda oczywiście trzeźwo ocenił, kto ma większe szanse odnieść sukces dla stajni Ferrariego w walce z Auto Unionami Varziego, Von Stucka i Rosemeyera i odstąpił mu samochód. Nuvolari jak furiat ruszył w pościg za konkurentami. Co prawda tracił do nich 7 okrążeń toru, ale była to wciąż dopiero pierwsza część wyścigu. Przeciw sobie miał cały niemiecki zespół wyposażony w nieporównywalnie mocniejsze wozy. Jadąc jak nawiedzony i budząc w rywalach czyste przerażenie, zapisując na kartach swej legendy jeden z najbardziej brawurowych popisów, nadrobił straty, wyszedł na prowadzenie i odniósł swoje piąte zwycięstwo w tej imprezie. Broniący pierwszej pozycji Varzi musiał się wycofać po awarii hamulców, Rosemeyer miał nienajlepszy dzień i dojechał do mety szósty, Von Stuck czwarty. Alfy scuderii Ferrari zajęły pierwsze trzy miejsca.

Tazio Nuvolari

Pojedynek samochód-samolot czyli Nuvolari w Alfie 8C 2300 Monza i Vittorio Suster w Caproni 100. Autodromo del Littorio, Rzym, grudzień 1931.

***

W 1936 r. Ferrari wpisał trzy Alfy typ 12C-36 na listę startową amerykańskiego Pucharu Vanderbilta. Wyścig ten, rozgrywany w Garden City na Long Island, był w tym okresie imprezą jeszcze bardziej prestiżową niż 500 Mil Indianapolis. Choć Nuvolari, jeden z trójki zawodników obok Fariny i Brivio, był asem o sławie i legendzie ogólnoświatowej, przewidywano raczej, że goście z Włoch stanowić będą ciekawostkę, a zwycięży samochód którejś z rodzimych marek. W żadnej z poprzednich edycji, rozgrywanych od 1904 r., nie zwyciężył żaden Włoch. Był to typowy teren łowny kierowców amerykańskich, świetnie znających trasę i przyzwyczajonych do jazdy długimi poślizgami po nawierzchni z ubitej ziemi (trasa wytyczona była na gruntach lotniska Roosevelt Field). Prasa podgrzewała atmosferę – oczekiwano spektakularnego pojedynku sprawdzonych, rodzimych asów z „czarnym rycerzem w turnieju” – przybyszem zza oceanu, owianym sławą najlepszego kierowcy świata. Na imprezę sprzedano ponad 200 tys. biletów. Zjawiły się wyższe sfery, nowojorscy dżentelmeni z towarzystwa, gwiazdy teatru, opery i filmu, grube ryby z Wall Street, bankierzy, wpływowi gangsterzy. Sport motorowy w USA różnił się wyraźnie od europejskiego geometrią tras, stylem pokonywania zakrętów, mocą i zawieszeniami samochodów. Dziennikarze sądzili, że włoscy kierowcy nie zdołają zaadaptować się w nowych warunkach w trakcie jednego wyścigu. A jednak Nuvolari, poproszony przez nich o wytypowanie zwycięzcy, odparł: 1. Nuvolari…

Tazio Nuvolari Le Mans

Nuvolari, Sommer i Alfa Romeo 8C 2300 MM triumfujący w XI Grand Prix Endurance (24 Godz.) Le Mans w czerwcu 1933.

Słowo się rzekło. Ktoś jeszcze kręcił głową z niedowierzaniem, ktoś bąkał coś o robieniu z siebie pajaca takimi buńczucznymi zapowiedziami. Ale Tazio od chwili startu pokazał, że nie ma sobie równych na świecie. Ani on, ani włoskie wyścigówki – zwrotniejsze, lepiej wyważone, pewniej trzymające się drogi. Inny sposób wchodzenia w zakręty gromady amerykańskich konkurentów nie mógł mu przeszkadzać, skoro po pierwszym zakręcie zyskał sporą przewagę, której nie oddał do końca. Na próżno już w trakcie wyścigu ogłoszono, że ten, kto wyprzedzi go chociaż na minutę, otrzyma premię w wysokości 1000 dolarów. Od piątego na 75 okrążeń dublował konkurentów. Gdy zatrzymał się na tankowanie, zdążył wrócić na trasę nie tracąc prowadzenia. Nie przeszkadzało mu nawet to, że silnik jego Alfy 12C-36 pracował tylko na 11 cylindrach. Na mecie zameldował się, ku euforii włoskich imigrantów stłoczonych wśród publiczności, na 12 minut przed pierwszym z rywali. A dalej już wszystko potoczyło się po amerykańsku: wystawny bankiet, olbrzymia nagroda pieniężna, elegancki Lincoln z napisem Nuvolari, uśmiechy gwiazd filmowych, błyski magnezji i puchar tak wielki, że drobny Tazio mógłby się z powodzeniem w nim schować.

***

W Gran Premio Trypolisu w 1936 r. Scuderia Ferrari po raz pierwszy wystawiła najnowszą konstrukcję Jano – 12-cylindrowe Alfy 12C-36. Podczas piątkowego treningu przed zaplanowanym na 10 maja wyścigiem Nuvolari wypadł z trasy wskutek rozerwania opony. Wóz wtoczył na ziemny nasyp ograniczający tor, a kierowca wyleciał z kabiny i z impetem uderzył w piaszczystą skarpę. Jak zwykle, miał sporo szczęścia – w szpitalu oprócz ogólnych potłuczeń stwierdzono u niego tylko złamanie obojczyka. Usłyszawszy rokowania – 20 dni rekonwalescencji – Tazio stwierdził krótko: „Nie, ja jutro jadę”. Nazajutrz bez porozumienia z lekarzami opuścił szpital, pojechał taksówką na tor, został wsadzony przez mechaników do samochodu i ruszył na start, mając przed sobą 40 okrążeń po ponad 13 km, dających łączny dystans 524 km. Wszystko to przy 40-stopniowym upale.

Tazio Nuvolari

Nierzadko bywało i tak…

Na pierwszych okrążeniach walczył o prowadzenie, później, wyczerpany silnym bólem, spadł na dalsze miejsca. W czasie postojów w pit-stopie mdlał, ale nalegania, by dał spokój i wycofał się, natychmiast go cuciły. Jechał dalej z grymasem bólu na twarzy i przez cały czas utrzymywał się w pierwszej dziesiątce. Mijały godziny. Wszyscy obawiali się, że jeżeli Tazio nie zrezygnuje z walki, to straci przytomność podczas jazdy i zginie w wypadku. Nuvolari jednak dotarł do mety, zajmując ósme miejsce. Mechanicy ponownie musieli go wyciągać z wozu. Pomagał im w tym zwycięzca wyścigu, Achille Varzi, który pierwsze kroki za metą skierował do stanowisk Alfy, by gratulować rywalowi niezwykłego męstwa.

Tazio Nuvolari

George Vanderbilt przekazuje Nuvolariemu puchar za wygraną (Alfą 12C-36) w Vanderbilt Cup. Garden City, Nowy Jork, październik 1936.

***

Sportowa rywalizacja między Nuvolarim i Varzim ekscytowała włoskich tifosi i podzieliła ich na dwie frakcje, sympatyków jednego i drugiego. Także dziennikarze czasami sugerowali, że walka nie toczy się między wszystkimi zawodnikami europejskiej czołówki, lecz tylko między tą dwójką i na wszelkie sposoby starali się ich porównywać i dywagować o tym, kto jest lepszy. Całe artykuły poświęcano analizom stylu jazdy, zestawieniom czasów i wyników. Proponowano decydujące starcie: pojedynek, w którym obaj mistrzowie mieliby wystartować na identycznych maszynach.

 

Z kolei sami kierowcy wcale nie podsycali tej ciekawości. Konkurowali ze sobą na trasach, ale byli w tym okresie bliskimi kolegami i uważali to za przyjacielską rywalizację. Aby rozwiać nadzieje fanów na ów upragniony, pokazowy pojedynek, spotkali się pewnego dnia z grupą dziennikarzy. „To nie ma sensu. Gdyby doszło do tej walki i ja bym ją przegrał – powiedział Nuvolari, zwracając się do rywala – nie dawałoby mi to spokoju. Gdybyś ty przegrał, cierpiałbyś w taki sam sposób. Nasza przyjaźń pewnie by się na tym skończyła. Czy warto rozpoczynać taką grę?” Varzi nie odpowiedział ani słowem, tylko spojrzał na Tazia swoimi wielkimi oczami, w których można było dostrzec wzruszenie i uścisnął mu rękę. Od tej pory nikt już nie namawiał do bezpośredniego pojedynku.

***

Wyścig Coppa Brezzi, rozegrany na Circuito del Valentino w Turynie w 1946 r., wzbogacił legendę Nuvolariego o nowy rozdział. Tazio, Piero Taruffi i Pero Dusio ruszyli na starcie z pierwszej linii – wszyscy na małych Cisitaliach D.46. Mantuańczyk natychmiast objął prowadzenie, ale na drugim okrążeniu przyhamował przed swoim pit stopem, wyciągając wymownie prawą rękę, w której trzymał… kierownicę. W ten sposób zasygnalizował mechanikom awarię, polegającą na odłamaniu się koła kierownicy od osi przekładni. Jednak nie zjechał do boksu – przyśpieszył i zniknął z pola widzenia. Członkowie zespołu i komisarze sportowi prześcigali się w gorączkowej gestykulacji, usiłując nakłonić go do wycofania się z walki, ale na próżno. Nuvolari nie słuchał nikogo, nie zważał też na wysoką karę finansową, jaką sędziowie nałożyli na niego za niebezpieczną jazdę. Po kilku dalszych okrążeniach miał się zatrzymać z powodu ataku bólu brzucha. Gdy ujrzał karetkę pogotowia, którą w międzyczasie wezwano na tor, ponownie wystraszył się, że koledzy z ekipy uniemożliwią mu kontynuowanie walki i pojechał dalej. Nie miał szczęścia, bo już po chwili stał w boksie z kolejną awarią, ale i tym razem wrócił na trasę. Z otwartym silnikiem, bez maski, z kierownicą byle jak nasadzoną na wieloklin ukończył wyścig. Tifosi szaleli z entuzjazmu. Nowa sensacja ruszyła w świat: ich idol potrafi jeździć nawet bez kierownicy.

Tazio Nuvolari

Nuvolari potrafił jeździć nawet bez kierownicy…

Tazio Nuvolari

Wiek i choroba w natarciu. 54-letni Nuvolari coraz częściej nie kończy wyścigów z braku sił.

***

Zdarzyło się to podczas edycji Mille Miglia, którą Ferrari mógł zaliczać do swoich najbardziej udanych. Był rok 1948: Nuvolari, 56-letni i nękany ciężką chorobą, miał wystartować na Cisitalii, ale wozu nie zdążono przygotować. Enzo dał mu zastępczą maszynę – otwarte Ferrari 166SC, przeznaczone dla hrabiego Igora Trubeckoja. Nuvolari czuł, że ciało zaczyna go zawodzić i jechał tak, jakby chciał oddać życie robiąc to, co kochał najbardziej. Zanim czołówka wyścigu dojechała do Rawenny, on już przebił się na prowadzenie. Tego dnia Latający Mantuańczyk naprawdę latał. Stracił zderzak, później całą pokrywę silnika, ale rozgrzane Ferrari gnało dalej naprzód, zamiatając tyłem na zakrętach. Gdy wjechał na ulice Florencji, miał ponad pół godziny przewagi nad drugim zawodnikiem – asem ekipy Ferrariego. W mieście wyrzucił obluzowany fotel, zastępując go otrzymaną od kibica skrzynką pomarańczy i popędził dalej – jechał coraz szybciej. W tłumie kibiców widać było oznaki przestrachu – widzowie mieli wrażenie, że ich bohater narodowy postanowił nie przeżyć tego dnia i przypieczętować swą legendę spektakularną śmiercią. Także Ferrari, ujrzawszy Tazia na jednym z przystanków, był przerażony jego stanem i błagał go ze łzami w oczach, by zaprzestał dalszej jazdy. Nie pomogło powoływanie się na ich przyjaźń, zresztą Enzo nie miał wielkich nadziei. Ci dwaj ludzie nie raz skakali sobie do gardeł, ale naprawdę się rozumieli. Nuvolari był ostatnim człowiekiem w życiu Enza, który mógł patrzeć mu w oczy jak równemu sobie. Wreszcie w Reggio Emilia, gdy nie było mowy, by którykolwiek z konkurentów mógł pokonać Tazia, pokonała go awaria wozu: pęknięta sprężyna w zawieszeniu. Kierowcę w stanie skrajnego wyczerpania wyniesiono z samochodu na rękach.

Tazio Nuvolari Mille Miglia

Tazio Nuvolari Mille Miglia

Sceny z walki Nuvolariego na trasie XV Mille Miglia na Ferrari 166SC w 1948 r.

***

Pod koniec życia Nuvolari chorował na przewlekłą, wyniszczającą astmę: wiele lat wdychania gazów spalinowych wystawiło swój rachunek. Do dziś panuje przekonanie, że Tazio chciał zginąć podczas Mille Miglia w 1948 r., ale los, a może nadzwyczajne umiejętności, zadecydowały inaczej. Nuvolari zmarł 11 sierpnia 1953 r., w 9 miesięcy po przejściu ataku paraliżu. Zgodnie z życzeniem, pochowano go w jego tradycyjnym, wyścigowym uniformie: żółtej bluzie i niebieskich spodniach.

Tazio Nuvolari

Rok 1950… stary lew wciąż na okładkach

Na pogrzebie zgromadziło się ponad 50 tys. ludzi. Enzo Ferrari, który przyjechał do Mantui, zatrzymał się przed warsztatem hydraulika, by zapytać o drogę. Spoglądając na tablicę rejestracyjną z Modeny, ale nie wiedząc, kim jest pytający, robotnik powiedział: „Dziękujemy, że pan przybył. Drugi t a k i człowiek już się nie urodzi”.

Tazio Nuvolari

Walka z własną słabością. Już przed startem do III Circuito di Milano rzucał się w oczy brak sił starego mistrza.

Tazio Nuvolari

Cztery legendy w Nowym Jorku: Tazio Nuvolari, młody Giuseppe Farina, Luigi Bazzi i Giovanni Canestrini.

Tazio Nuvolari Monaco

Spokojny, uśmiechnięty… – Nuvolari przed startem do zwycięskiego IV GP Monaco w kwietniu 1932 r.

Tazio Nuvolari

Dwaj najwięksi i zmiana pokolenia: Juan Manuel Fangio i Tazio Nuvolari. Brescia, 1950.

Tazio Nuvolari Abarth

Nuvolari i (po prawej) Carlo Abarth przy Cisitalii 204A w siedzibie firmy Abarth w Turynie. Rok 1950.

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

*

Poprzedni wpis
Automobilista nr 151
Następny wpis
Alfa Romeo Montreal
Back
Udostępnij

Tazio Nuvolari