fbpx
Napisz do nas! redakcja@forzaitalia.pl

Giovannino Lurani

Giovannino Lurani

Giovannino Lurani

W edycji Mille Miglia 1937 Lurani startował na Maserati 4CS 1100. Drugim kierowcą załogi został jego młodszy kolega ze Scuderia Ambrosiana, Gigi Villoresi. Wspomnienie Gigiego o tym starcie doskonale ilustruje różnicę pomiędzy dobrym kierowcą-amatorem, jakim był hrabia Lurani, a prawdziwym talentem i profesjonalistą, jakim już wtedy był niewątpliwie Villoresi. Oto fragment jego relacji:

Nasz nieduży spider określało się mianem biposto sport, choć był on dwumiejscowy tylko z nazwy. Dwa ciasne i niewygodne skrawki foteli nadawały się na narzędzia tortur, wciśnięte w karoserię tak wąską, że nasze tułowia były wparte w siebie, jak gdybyśmy przepychali się o miejsce. Komfort zerowy, sprężyny sztywne jak z kamienia, chłodu i deszczu do woli. Za to silnik – fantastyczny, choć miał swoje kaprysy. Giovannino pojawił się na starcie elegancki, jak gdyby szedł z wizytą. Miał na sobie nienagannie skrojony czerwono-szafirowy strój, jeszcze z poprzedniej edycji, w której startował Alfą. Na tym nieprzemakalna kamizelka, rękawiczki ze skóry pekari. Nie mogłem się z nim równać w swoim niebieskim kombinezonie od Pirelliego.

Giovannino Lurani

Od lewej: Lurani, Ugo Zagato, Longoni, Guidotti i Satta

Wystartował. Miła owacja w wykonaniu grupki przyjaciół, wzniesione ręce, uśmiechy pięknych dam. Kilka sekund zwłoki, gdy już opadła chorągiewka startera, by fotografowie zdążyli uwiecznić scenę odjazdu. A później obroty, pierwszy bieg i w drogę. Giovannino jechał jak prawdziwy dżentelmen. Gdy z tyłu dochodził nas zawodnik w mocniejszym wozie, zjeżdżał na prawy skraj i przepuszczał go dwornym gestem ręki. Na skrzyżowaniach zwalniał i machał w odpowiedzi na pozdrowienia publiczności. Prowadził z instruktorską perfekcją, rysował piękne trajektorie, oszczędzał opony, a biegi zmieniał z delikatnością pianisty.
Później zmieniliśmy się. Ruszyłem ja i już po chwili zaczęły się nerwowe okrzyki, rzucane przez mojego partnera. „Gigi, pamiętasz Tizia? Wyleciał na następnym zakręcie i ciężko się poturbował. Zwolnij! A po chwili: „Tutaj, na tym nawrocie zabił się Caio. Trup na miejscu!” W milczeniu robiłem swoje w nadziei, że przyzwyczai się, ale był coraz bardziej przerażony. Na jednym w zakrętów tylko ciężko, rozpaczliwie westchnął: „Gigi, przecież ty nas zaraz zabijesz…” Spokój zapanował dopiero, gdy ponownie przejął ode mnie kierownicę.

* * *

„Z Mediolanu jadę przez Monza, przez tereny parku. Na stacjach benzynowych pytam o drogę, mylę się dwa razy, wreszcie wjeżdżam do Cernusco Lombardone” – opisywał dojazd do rezydencji Luraniego inż. Gian Paolo Garcea, wioząc Ramponiego na spotkanie ze starym hrabią.- „Główny plac miejscowości, kościół. Mur probostwa sąsiaduje ze ścianą pałacu, za rogiem przechodzi w murowane ogrodzenie majątku Lurani Cernuschich”.
To nie Giovannino Lurani mieszkał w pobliżu toru Monza. To tor zbudowano (gdy miał 17 lat) niedaleko jego rodowej siedziby, na terenie królewskiego Parco di Monza. Villa Lurani pamięta wiek XVII, choć po przebudowach ma wygląd późnobarokowy. W salonie stoją naprzeciw siebie dwa fortepiany. Na jednym z nich grał podczas wizyty u Luranich sam Verdi, o czym przypomina zawieszona nad nim fotografia, przedstawiająca parę przechadzającą się alejkami parku: młodziutka matka Giovannina trzyma pod rękę osiemdziesięcioletniego kompozytora.

Giovannino Lurani

Zupełnie inną atrakcję kryje ciąg dawnych stajni, a później garaży, w skrzydle pałacu. Pomalowane na biało ściany pokrywa jedyna w swoim rodzaju księga gości. Dziesiątki, dziesiątki podpisów złożonych tłustymi pastelami, a następnie starannie utrwalonych przez konserwatora. Carlo Felice Trossi, Tonino Brivio, Louis Chiron… a dalej czasy późniejsze: Piero Taruffi, Luigi Musso, Phil Hill, Lorenzo Bandini, Graham Hill, Ludovico Scarfiotti, Carlo Chiti. Goście zagraniczni: Caracciola, Fangio, Cooper, Ickx, Moss, Bonnier, Jackie Stewart, wielki Alfred Neubauer, Ronnie Peterson. I tylu innych – autografy podzielone na grupy, stajnie, zespoły, zgrupowane wokół konkretnych wyścigowych marek. Spośród największych brakuje tylko jednego. Człowieka, z którym Lurani raczej się omijał: Enzo Ferrariego.

Giovannino Lurani

Podpisy na słynnej ścianie Luraniego, choć narastały przez wiele lat, prawie wszystkie złożone zostały w podobny sposób. Wieczorami w przeddzień Grand Prix Włoch na Monzie (a także przed wieloma innymi wyścigami na tym torze) Giovannino wydawał tradycyjne przyjęcia dla znajomych. Znajomych – czyli kierowców wyścigowych, szefów teamów, mechaników, dziennikarzy sportowych i dla przybyłych z nimi żon, narzeczonych, dziewczyn, nawet rodzeństwa. W 1933 r. ktoś, komu Lurani pokazywał w garażu swoje Alfy i Maserati, jako pierwszy zostawił mu na pamiątkę swój podpis na ścianie. Z czasem dochodziły kolejne, aż stało się to tradycją, ceremonią domu. Pod koniec każdej z tych kolacji Lurani wyszukiwał jeszcze nie podpisanych gości i całe towarzystwo z salonu udawało się do skrzydła willi, by asystować przy złożeniu autografów.

Giovannino Lurani

Można by rzec: cóż, próżność elity, podkreślającej w ten sposób zamknięcie się we własnym kręgu. Ale czy zarazem nie piękny obyczaj, biorąc pod uwagę, że trwało to przez pół stulecia? Ostatnie takie spotkanie odbyło się w 1984 r. I czy najpiękniejsze nie było to, że w tych czasach kierowcy, ba, całe rywalizujące obozy, potrafiły spędzać czas razem, po przyjacielsku, przy biesiadzie? Warto przypomnieć o tym dziś, gdy kierowca wyścigowy jest zrobotyzowanym mózgiem maszyny, który bywa tylko tam, gdzie przewiduje to harmonogram teamu i mówi tylko to, co zbriefował mu menedżer, a zatwierdził mu sponsor.

Poprzedni wpis
Giuseppe Farina
Następny wpis
Gdyński Rajd Historyczny

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back
Udostępnij

Giovannino Lurani