Ferrari 250 GTO ma status ikony, ale zwykle myśli się o pierwszej serii. Tymczasem „’64”, czyli Series 2, powstało w zaledwie siedmiu egzemplarzach i stanowi kulminację ewolucji GTO: więcej stabilności, wyższa prędkość, lepsze chłodzenie i aerodynamika dopracowana w tunelu. Bohater tej historii – podwozie 4399 GT – zaczynał jako Series 1, po czym po znakomitym sezonie 1963 wrócił do Maranello, by zostać przekształconym w jeszcze szybszą maszynę. W tym miejscu legenda przeszła w mit: regulaminy FIA i testy w tunelach aerodynamicznych dopięły dzieła. Wyjątkowy samochód przybliżył Henry z Henry’s Garage.
To nie była zwykła rewizja stylistyczna dla prasy. „’64” urodziło się z potrzeby trzymania toru przy wysokich prędkościach i przenoszenia ogromnych obciążeń na dystansie godzin, a nawet doby. W realiach klas GT początku lat 60. Ferrari obroniło układ z silnikiem z przodu, mimo że świat sportów samochodowych skręcał już w kierunku jednostek umieszczonych centralnie. To właśnie dlatego 250 GTO ’64 stanowi fascynujący punkt przecięcia epok: estetycznie „przytula się” do 250 LM, ale zgodnie z przepisami nosi V12 przed kierowcą.
Ferrari 250 GTO wyrosło z 250 GT SWB jako wariant „EVO”, projektowany pod stabilność przy zmianach kierunku, przewidywalność w długim łuku i mniejszy opór. W tunelu aerodynamicznym wypracowano dłuższą bryłę, „podcięty” tylny spoiler i kontrolę przepływu pod podłogą. Charakterystyczne wloty na masce i w przednim pasie poprawiały chłodzenie – gdy warunki na to pozwalały, zaklejano je taśmą dla redukcji oporu. Wersja Series 1 osiągała około 249,45 km/h, podczas gdy dopracowane GTO potrafiło przekroczyć 273,59 km/h. Różnicę robiły nie tylko kształty, lecz także sucha miska olejowa, która pozwoliła osadzić 3-litrowe V12 Colombo niżej i przesunąć je w głąb kabiny (później delikatnie z powrotem, by ograniczyć nagrzewanie wnętrza). Tak narodziły się też „skrzela” w błotnikach – dodatkowa wentylacja komory silnika.
Sezon 1964 przyniósł przeprojektowaną karoserię z genami 250 LM, choć FIA nie dopuściło LM-ki do GT i wciąż wymagało silnika z przodu. Przód stał się bardziej opływowy, z większą osłoną chłodnicy. Nadkola poszerzono, by przykryć szersze ogumienie, a tył ścięto do formy „square tail”. Z tyłu wylądował wielki, nitowany zbiornik paliwa (około 130 l) z szybkim wlewem, co w realiach wyścigów długodystansowych miało znaczenie nie tylko dla zasięgu, ale i dla tempa obsługi pit-stopu. W połowie sezonu 1964 pojawił się kolejny detal funkcjonalny: nawiew na pokrywie silnika podający chłodniejsze powietrze prosto do sześciu gaźników. Na poziomie wyścigowym różnice liczono w dziesiątych części sekundy – ale by je znaleźć, trzeba było też opanować temperatury w komorze silnika.
Sercem GTO pozostaje 3-litrowe V12 Colombo o wysokim stopniu sprężania. Jednostka kręci się chętnie w górne rejony, a charakterystyczne „wejście na wałki” zaczyna się wyraźnie powyżej 4000 obr./min. W opisach z epoki podawano moc około 300 KM – i choć chwilowe „muśnięcia” 8000 obr./min się zdarzały, sprężyny zaworowe nie lubiły wypraw grubo powyżej 9000. Skrzynia o ząbkowanej prowadnicy wymaga zdecydowanej ręki, a nagroda przychodzi w postaci rytmicznych, czystych zmian biegów przy pełnym obciążeniu.
Autor: Tomasz Nowak
Zdjęcia: Materiały prasowe
Maserati świętuje ważny moment w rozwoju swojego programu klasyków. Dział Maserati Classiche wydał właśnie setny…
Nowe wcielenie hybrydowego supersamochodu z Sant’Agata Bolognese dopiero zaczyna trafiać do pierwszych klientów, a już…
W Heritage Hub otwarto kolejną odsłonę wystawy fotograficznej „Donne e motori? Gioie e basta” („Kobiety…
Sezon 2026 FIA World Endurance Championship rozpoczął się od oficjalnego Prologu na torze Autodromo Internazionale…
Maserati przygotowuje odświeżoną wersję swojego najmniejszego SUV-a Grecale, starając się wykorzystać moment słabości konkurencji. Włoska…
FIAT rozpoczął 2026 rok z wyraźnym wzrostem sprzedaży na rynku europejskim notując wyniki, które –…