Kategorie: News

Ferrari LaFerrari z 2015 roku sprzedane za 5,23 mln dolarów. Wyjątkowy egzemplarz przejechał 4788 mil

Ferrari od dekad buduje swoją pozycję nie tylko regularną gamą modeli, ale też limitowanymi supersamochodami, które mają podkreślać technologiczne ambicje i jej wyjątkowość. Do tego grona należą dziś już legendarne 288 GTO, F40, F50, Enzo, LaFerrari i najnowsze F80.

Właśnie dlatego LaFerrari pozostaje jednym z najważniejszych współczesnych modeli z Maranello, a dobrze zachowane egzemplarze osiągają dziś ceny zarezerwowane dla najbardziej pożądanych samochodów kolekcjonerskich.

Potwierdza to sprzedaż egzemplarza z 2015 roku, który znalazł nabywcę za 5 230 000 dolarów. Mowa o aucie należącym do zamkniętej serii 499 sztuk coupe, czyli podstawowej, najbardziej rozpoznawalnej odmiany modelu. Samochód miał w chwili katalogowania zaledwie 4788 mil przebiegu, a jego historia obejmowała w praktyce tylko dwóch opiekunów, choć dokumenty formalnie wskazują trzy podmioty z uwagi na późniejsze przepisanie auta do spółki LLC.

LaFerrari debiutowało w 2013 roku podczas salonu w Genewie i pojawiło się w momencie, gdy Ferrari musiało odpowiedzieć na nową falę hybrydowych hipersamochodów. Porsche 918 Spyder i McLaren P1 pokazały wtedy, że najwyższa półka osiągów wchodzi w nową erę, opartą nie tylko na czystej pojemności silnika i niskiej masie, ale również na elektrycznym wsparciu zwiększającym osiągi.

Ferrari odpowiedziało w typowy dla siebie sposób: budując samochód skrajnie szybki, mocno osadzony w motorsporcie i jednocześnie przeznaczony dla bardzo wąskiego grona klientów. Sercem modelu jest umieszczone centralnie z tyłu wolnossące V12 o pojemności 6,3 litra, wywodzące się z programu FXX. Jednostka osiąga 800 KM i wkręca się aż do 9250 obr./min, co samo w sobie pokazuje, jak ekstremalna była to konstrukcja nawet na tle innych hipersamochodów epoki.

Maksymalny moment obrotowy silnika spalinowego wynosi 700 Nm i pojawia się stosunkowo wysoko, dlatego Ferrari dołożyło z tyłu silnik elektryczny oparty na technologii KERS z Formuły 1, który dostarcza dodatkowe 163 KM, szczególnie użyteczne przy niższych obrotach. Całość współpracuje z 7-biegową przekładnią dwusprzęgłową i napędza wyłącznie tylną oś.

Łączna moc układu sięga 963 KM, a maksymalny moment obrotowy wynosi 900 Nm. To wystarcza, by LaFerrari przyspieszało od 0 do 100 km/h w zaledwie 2,4 sekundy, a ćwierć mili pokonywało w 9,7 sekundy z prędkością 240 km/h. W opisie aukcyjnym podkreślono, że taki wynik pozwalał modelowi wyprzedzić zarówno Porsche 918 Spyder, jak i Bugatti Veyrona.

Niezależnie od aukcyjnego tonu same liczby dobrze pokazują, że LaFerrari było czymś więcej niż tylko następcą Enzo – to był skok technologiczny, a nie zwykła ewolucja. Na charakter auta wpływała nie tylko hybryda, ale też całe jego podporządkowanie kierowcy i aerodynamice.

Węglowy monokok wypiekano obok konstrukcji używanych przez zespół Scuderia Ferrari w Formule 1, a pozycję za kierownicą obniżono względem Enzo o 2,4 cala. Osiągnięto to w dość nietypowy sposób: zamiast klasycznego fotela kierowca siedzi właściwie na stałych, mocowanych do podłogi i grodzi padach obszytych Alcantarą, a regulacji podlegają pedały. Do tego dochodzą aktywne elementy aerodynamiczne – przednie i tylne panele podwozia oraz tylny spojler – które stale zarządzają dociskiem w szerokim zakresie.

Stylistycznie samochód zaprojektował Flavio Manzoni. Nadwozie jest niskie, zwarte i bardziej płynne niż w przypadku Enzo, którego wygląd do dziś budzi podzielone opinie. LaFerrari korzysta również z ogromnych, wierconych i wentylowanych hamulców węglowo-ceramicznych Brembo oraz opon Pirelli P-Zero Corsa, opracowanych specjalnie z myślą o tym modelu.

Produkcję zamkniętej odmiany zakończono w styczniu 2016 roku po zbudowaniu 499 egzemplarzy, a mimo ceny przekraczającej 1,3 mln dolarów wszystkie auta zostały zarezerwowane przez uprzywilejowanych klientów jeszcze przed ukończeniem pierwszego egzemplarza.

Sprzedany samochód o numerze podwozia 211999 został wysłany do USA w lipcu 2015 roku. Wykończono go w klasycznym kolorze Rosso Corsa z czarnym wnętrzem Nero, uzupełnionym czerwonym przeszyciem i lamówkami foteli. Auto otrzymało też kilka opcjonalnych elementów, w tym matowe włókno węglowe, karbonowe kapsle centralne kół, deskę rozdzielczą z karbonowym wykończeniem oraz zagłówki z wyszytym emblematem Prancing Horse.

Co istotne z punktu widzenia kolekcjonerskiego, egzemplarzowi towarzyszą oryginalna naklejka okienna oraz Ferrari Classiche Yellow Book, czyli dokumentacja potwierdzająca autentyczność i specyfikację specjalnych limitowanych modeli Ferrari.

Pierwszym właścicielem auta został klient, do którego samochód trafił za pośrednictwem Ferrari of Long Island i niezależnego dealera Recovery Racing III z Plainview w stanie Nowy Jork. Przez pierwsze trzy lata hypercar był corocznie serwisowany w autoryzowanych punktach marki i do kwietnia 2018 roku przejechał zaledwie 637 mil.

Następnie kupił go obecny sprzedający, entuzjasta z północnej Kalifornii, który przez osiem lat utrzymywał auto pod opieką Ferrari of Silicon Valley. Co ciekawe, samochód nie był używany torowo ani w żadnej rywalizacji – właściciel traktował go w dużej mierze jako obiekt ekspozycyjny, trzymając go nawet w salonie własnego domu.

To właśnie w tym okresie auto otrzymało aktualne włoskie emblematy tricolore na nosie i paski na masce, inspirowane stylistyką otwartych spiderów marki. Zmianę wykonano w Ferrari of Beverly Hills, ale nie poprzez lakierowanie, tylko za pomocą elementów samoprzylepnych, więc przyszły właściciel może bez większego problemu przywrócić samochód do bardziej fabrycznego wyglądu.

Formalnie w dokumentach pojawia się trzeci właściciel, ponieważ pod koniec 2019 roku LaFerrari zostało przepisane na spółkę LLC należącą do consignora. W praktyce jednak, jak zaznaczono w opisie, auto przez cały ten czas pozostawało jego prywatnym samochodem.

Przy tak oszczędnym użytkowaniu licznik zatrzymał się na 4788 milach, co jak na ponad dziesięcioletnie LaFerrari pozostaje wynikiem bardzo niskim. Wraz z instrukcjami, narzędziami, ładowarką, oryginalnym window stickerem i Ferrari Classiche Yellow Book taki egzemplarz naturalnie trafia do grona szczególnie atrakcyjnych propozycji dla kolekcjonerów.

Dom aukcyjny stara się przedstawiać to auto jako jeden z filarów kolekcji poświęconej marce, ale nawet po odjęciu typowej dla katalogów warstwy promocyjnej trudno nie uznać, że mamy do czynienia z jednym z najważniejszych Ferrari XXI wieku. A cena przekraczająca 5,2 mln dolarów pokazuje, że rynek myśli dziś podobnie.

Autor: Tomasz Nowak

Zdjęcia: Materiały prasowe

Ostatnie wpisy

Nawet 550 tys. euro za Ferrari Luce. Producent celuje wysoko

Pierwszy w pełni elektryczny model od Ferrari zbliża się wielkimi krokami, choć jeszcze niedawno dla…

10 godzin temu

Chaos, strategia i walka do końca – tak rozpoczął się sezon Alfa Revival Cup 2026

Sezon 2026 cyklu Alfa Revival Cup rozpoczął się na torze Mugello wyścigiem, który już na…

11 godzin temu

Alfa Romeo w Nowym Jorku: Tonale i Stelvio w centrum uwagi

New York International Auto Show 2026 stał się dla Alfy Romeo kolejną okazją do podkreślenia…

1 dzień temu

Maserati wchodzi do świata designu. Marka partnerem Salone del Mobile 2026

Maserati ogłosiło, że podczas Salone del Mobile Milano 2026 wystąpi jako oficjalny sponsor oraz partner…

1 dzień temu

Nowa akademia jazdy Alfa Romeo. Szkolenia na torze i cztery poziomy zaawansowania

Alfa Romeo ogłosiła uruchomienie nowego projektu szkoleniowego, który ma być kolejnym etapem długoletniej współpracy z…

2 dni temu

Od Tipo 26B po GT2 Stradale – Maserati pokazuje pełnię swojego dziedzictwa w Rzymie

Maserati zadebiutowało podczas pierwszej edycji Anantara Concorso Roma 2026, prezentując szerokie spektrum swojej historii –…

2 dni temu