fbpx
Napisz do nas! redakcja@forzaitalia.pl

Americano

Americano

americano thumb

Jeszcze przed chwilą bacznie obserwowałem, jak skuta lodem i tonąca w wiecznych ciemnościach Polska, znika za kolejnymi warstwami porannych chmur. Dwa lądowania, dwa starty i trzy wyśmienite, mrożone posiłki na wysokości i już jestem na miejscu. Kilka zamaszystych ruchów i razem z moją wierną walizką przechodzimy przez szklane drzwi lotniska. Dwa kroki i jestem w innym świecie. Fala ciepłego, wieczornego powietrza otula mnie natychmiast. Kołyszące się na wietrze zielone czubki palm hipnotyzują. Znak na przeciwko terminala nie pozostawia wątpliwości: „Welcome to Miami”.

Hotel, krótki sen, poranny prysznic, obfite śniadanie i już dzierżę w dłoni plastikową kierownicę mojego nowopoznanego „rentala”. W drogę! Ku mojemu zadowoleniu wczorajsze palmy nie były tylko zwidami zmęczonego podróżnika – nadal tu są! Mało tego, w międzyczasie pojawiło się prażące słońce, złocista plaża i bezkresny ocean. Jednak, jak się szybko okazuje, wcale nie na tym polega najwyraźniejsza różnica pomiędzy Miami a zimową Warszawą.

Pierwsze Gallardo stojące obok na światłach można traktować jako przypadek. Drugie, niemal na kolejnych, jako bezapelacyjny łut szczęścia. Ale co pomyśleć o następnych kilku? żółte, wiśniowe, białe i czarne. Niektóre jadą spacerowym tempem wzdłuż plaży. Ich błyszczące felgi odbijają promienie południowego słońca. Każdy milimetr wywoskowanego, jaskrawego lakieru walczy o uwagę przechodniów, a obowiązkowo rozłożony dach eksponuje wszelkie atuty bogatego wnętrza. Inne, dzieląc bardziej dyskretną naturę właścicieli, prężą się w cieniu palm, strzegąc wejść, do co lepszych restauracji czy hoteli. Tylko nieliczne, zbuntowane, pozwalają sobie na ekscentryczne zachowania. To przeraźliwie zawyją na przejściu, uderzając ostentacyjnie o ogranicznik obrotów. To ruszą ostro ze świateł, trzymając poziom animuszu aż do końca pierwszego biegu. Prawdziwie dzikie byczki.

Nagle pstryk! Kolorowe widoki momentalnie tracą ostrość, gdy czuję jak czyjaś dłoń z solidnym impetem ląduje na moich plecach. To mój kompan podróży, wyraźnie zniecierpliwiony, brutalnie sprowadza mnie do rzeczywistości. Ileż można stać z rozdziawionymi ustami na skraju ulicy, pyta. Nie mam gotowej odpowiedzi. To chyba oczywiste ze okoliczności są cokolwiek nadzwyczajne i że wszystko zależy od… Wzrok mego rozmówcy przekazuje jednoznaczny komunikat. Kapituluję. Tak, dobrze, zachowujmy się jak normalni turyści. Czas na plaże, kawę, leżakowanie – tak zwany relaks! Próbując uspokoić rozbiegane oczy, asekuracyjnie wbijam wzrok w asfalt, pół metra przed stopami. Skupiony, idę! Jeden, dwa, trzy kroki i… nagle ponad baryton wszędobylskich, gulgoczących „v-ósemek” wzbija się to charakterystyczne, chrapliwe parskniecie. Ujęcie, klik, wyższy bieg. Kierownik najwyraźniej wprawiony w delikatnym muskaniu pedału gazu, nieśmiało przemieszcza się przez skrzyżowanie. Podnoszę wzrok i widzę trzy charakterystyczne rury wydechowe, wyraźnie odcinające się od czerwonego zderzaka. Ciarki na plecach, Italia na skrzyżowaniu. Pal licho tę plażę, to jest mój relaks!

Trzy dni i dwa tysiące kilometrów później. Siedzę z nosem przyklejonym do szyby nowojorskiej kafejki i z jej zacisznego wnętrza obserwuję jedną z wielu ruchliwych arterii Manhattanu.
Zarówno palmy jak i wszędobylskie, jaskrawe egzotyki wydają się być bardzo odległym wspomnieniem. Pochmurne niebo, kilka stopni poniżej zera i przeszywający wiatr. Morze samochodów regularnie przelewających się przed moimi oczami, nie przynosi żadnych powodów do ekscytacji. Z resztką nadziei próbuję łowić pojedyncze sylwetki. Królują żółte taksówki i czarne limuzyny. Praktyczność gra pierwsze skrzypce, a mnie podczas tego spektaklu nudnych kształtów przy życiu trzyma chyba tylko małe, półlitrowe Americano.

Nowy Jork. Czyż to nie jeden z trzech stanów zapewniających największy zbyt włoskim egzotykom w całym USA? Aż trudno w to uwierzyć. Jestem na wyspie, gdzie duzi chłopcy robią duże interesy. Złoty byk, optymista, dumnie przepowiada permanentną hossę, a cena metra kwadratowego w najbardziej przypadkowym budynku przyprawia o solidny zawrót głowy. Jednym słowem kwota nie gra roli, a jednak na ulicach… nuda. Rozumiem, że jest zima. Rozumiem, że Manhattan, jako chyba jedyne miejsce w USA, może pochwalić się transportem publicznym z prawdziwego zdarzenia. Próbuję nawet zrozumieć, że priorytet praktyczności w takich warunkach ma pewien sens. Jednak czy dysponując tak tutaj powszechnym, wypchanym portfelem, naprawdę nie można znaleźć pojazdu wystarczająco użytecznego, chociaż trochę bardziej chwytającego za serce, niż kolejny, obły Lincoln? Czyżby tutejsi panowie biznesmeni traktowali włoskie auta z wyższej półki jako zabawki nadające się jedynie na wyprawę z hotelu na plażę? Czyżby nie było dla nich miejsca w codziennym życiu nowojorskiej dżungli? To tylko pochopne wnioski, jednak fakt, że pierwszy i jedyny salon Ferrari istniejący na Manhattanie został otwarty dopiero w połowie 2010 roku, tylko potęguje moje obawy.

Czy w takim razie pora okrzyknąć Florydę amerykańską mekką fanów włoskiej motoryzacji? Wróćmy tam jeszcze na moment. Pierwsze wrażenie jest bezwzględnie pozytywne. Doznań nie brakuje. Auta znane tylko z plakatów nagle ożywają, jeżdżą, burczą i powodują szybsze bicie serca. Przez chwilę. Niewiele czasu potrzeba, aby całe doświadczanie zaczęło przypominać wycieczkę do zoo. Oczywiście nie byle jakie jest to zoo. Lwy na złotych smyczach, papugi w platynowych klatkach. Żyje im się dobrze. Pan dba, pan głaszcze, pan szczotkuje. Ba, pan nawet czasem piórka nastroszy. Jednak lew jest lwem. Matka Natura nie zaprojektowała go z myślą o tym, aby paradował po deptakach w szmaragdowej obroży. Lecz zdaje się, że tutaj nikt już o tym nie pamięta.

Miami. Dzień, jak co dzień. Kilka egzotyków stoi równo zaparkowanych wzdłuż chodnika. Tuż obok, przy stoliku, siedzi paru rozrzutnie rozpartych dżentelmenów. Ich dumne spojrzenia nie pozostawiają wątpliwości – to są ich auta! Ciekawe o czym rozmawiają? Czyżby ten spoczywający najbliżej LP 560-4 opowiadał właśnie kolegom, jak to wczoraj na długim zakręcie, na szybkim opadaniu, mógł w końcu docenić stabilność swojego Gallardo i pewność w przenoszeniu mocy, jaką gwarantuje mu napęd na cztery koła? Czy może ten pan po stronie czerwonej „czterystatrzydziestki” właśnie wznosi zachwyty nad precyzją prowadzenia i niemalże fizycznym kontaktem z asfaltem, jaki zapewnia mu układ kierowniczy jego Ferrari?
Mam pewnie obawy, że jednak… niekoniecznie. Chyba za bardzo pochłonęło ich liczenie spojrzeń przechodniów.

Ale czego mogłem się spodziewać? Przecież to nie kafejka obok Nurburgringu, tylko deptak w Miami. Sławetna zasada Henrego Forda “Win Sunday, Sell Monday” zdaje się nie mieć tutaj żadnego zastosowania. Tu liczy się jedynie ostentacyjność, koniecznie za wysoką cenę. Przy tak dobranych kryteriach najnowsze włoskie egzotyki o onieśmielającej prezencji nie mają  sobie równych. To, że dobrze wyglądają, a w dodatku jeszcze całkiem nieźle jeżdżą, zdaje się tutaj zupełnie nikomu nie przeszkadzać. Szkoda tylko, że w tym świecie zabrakło miejsca dla naśladowców niejakiego Don’a Johnes’a. W swoich pięknie utrzymanych Daytonach czy Testarossach mogliby nadal zawstydzić niejednego „młokosa”. Niestety, tutaj najwyraźniej „nowe” oznacza jednoznacznie „lepsze”, a gustowna klasyka sromotnie przegrywa z blichtrem młodego pokolenia.

Czy w takim razie pora wykrzyknąć „Toń w piekielnych odmętach prostolinijna Florydo!”? Niezupełnie. Wolę myśleć o tym trochę inaczej. Jeśli dla tutejszych mieszkańców najlepszym sposobem na głaskanie swego ego jest zakup kolejnego włoskiego egzotyka, to nie pozostaje nic innego, jak… tylko się cieszyć. Zawsze to lepsze niż szukanie spełnienia w usypywaniu kolejnych wysepek na oceanie. W dodatku zamiast stymulować rozwój pobliskiej żwirowni, pozwalają Włochom, chociaż na chwilę, zapomnieć o mrocznym kryzysie, kupić skrzynkę dobrego wina, pudełko ołówków i zaprojektować kolejny, jeszcze lepszy samochód.

Dlatego jeśli zobaczę kolejnego muskularnego mieszkańca Miami, który leniwie toczy się swoim Gallardo wzdłuż plaży, będę czuł się zobowiązany, aby podejść, uścisnąć mu dłoń i podziękować. Może on nie połączył jeszcze paru faktów, ale ja już wiem. Wiem doskonale, że kupując kolejną drogą zabawkę, której potencjału nigdy nie wykorzysta, poświęca się dla dobra sprawy. W rezultacie śmietankę z owego poświęcenia spije garstka motoryzacyjnych koneserów z drugiego krańca globu. To właśnie oni będą mieli okazję zmierzyć się oko w oko z jeszcze to kolejną generacją włoskich egzotyków. Tym razem w ich naturalnym środowisku. Gdzieś daleko w górach. Na wąskiej, krętej, opustoszałej drodze. Wtuleni w opinający fotel, z mięsistą kierownicą w dłoniach. Zamiast gonić za nieskazitelnością lakieru, spróbują zabrać te auta na kraniec ich możliwości. Dużo dalej niż powoli jakikolwiek bulwar. Zakręt za zakrętem, hamowanie za hamowaniem. Zachwyceni finezją prowadzenia, porażeni rezerwami mocy, poruszeni doznaniami akustycznymi. Będą porównywać, nurzać się w niuansach, emocjonować i ekscytować. Natomiast my, koneserzy-teoretycy, będziemy im zaciekle kibicować. W tym samym czasie na Florydzie sprzeda się kolejne Gallardo.

Jednak tutejsze szczytne poświęcenie zebrało swoje żniwo. Powszechny pęd do ratowania ikon współczesnej motoryzacji najwyraźniej doprowadził do estetycznego znieczulenia. Kształty, które powinny budzić emocje, jakby straciły swoją czarodziejską moc. Nastał czas beznamiętnego obcowania z supersamochodami. Ciężko to znoszę, dlatego po cichu tęsknie za ową odległą krainą. Krainą, w której sam cień, ba, samo wspomnienie nazwy jednego z nich, nadal wywołuje szybsze bicie serca. Miejscem gdzie motoryzacyjne ideały pozostają na piedestale, a egzotyki nadal są egzotyczne. Czas wracać. Jeszcze tylko dopiję swoje Americano.

Tekst i zdjęcia: Mateusz Żochowski

Poprzedni wpis
Alfy zwyciężyły w Concorso d'Eleganza!
Następny wpis
Oldtimery.com nowym partnerem ForzaItalia.pl

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back
Udostępnij

Americano