Fiat 124 Sport Spider do dziś uchodzi za jeden z najbardziej cenionych kabrioletów lat sześćdziesiątych. Bazując na sprawdzonej konstrukcji, otrzymał zjawiskowe nadwozie, zaprojektowane przez mistrzów ze studia Pininfarina. Jednak za jego urodą kryje się także mroczna karta w historii. To właśnie tym modelem, w sierpniu 1967 roku, podróżowała Anna German – jedna z największych gwiazd polskiej sceny muzycznej – gdy doszło do koszmarnego wypadku, który na zawsze odmienił jej życie.
Prywatny szofer
Anna German była wybitną piosenkarką o niezwykłym, krystalicznie czystym głosie, która podbiła serca słuchaczy nie tylko w Polsce, ale i we Włoszech, Rosji czy Niemczech. U szczytu kariery, w 1967 roku, uległa poważnemu wypadkowi samochodowemu we Włoszech, który niemal zakończył jej życie. Włoski epizod w karierze piosenkarki rozpoczął się już w 1966 roku, kiedy podpisała ona kontrakt z włoską wytwórnią płytową CDI (Compagnia Discografica Italiana), której właścicielem był Pietro Cariaggi. W ramach tej współpracy wydała kilka utworów w języku włoskim, a jej kontrakt miał obowiązywać 3 lata. Podczas całego włoskiego tournée Annie German towarzyszył Renato Serio – kierownik muzyczny wytwórni płytowej CDI. Dwudziestoletni Włoch, który w późniejszych latach zyskał sławę jako kompozytor i dyrygent, pełnił wówczas skromniejszą, ale nie mniej odpowiedzialną rolę kierowcy polskiej gwiazdy. Samochód, którym podróżowali, nie był jednak typowym sedanem, jakich wiele przemykało po włoskich drogach. Pojazd ten musiał wyróżniać się stylem i dobrze wyglądać w obiektywie fotografów. Wybór padł na Fiata 124 Sport Spider – przyciągający niczym magnes symbol włoskiego designu, który zaledwie rok wcześniej przebojem wdarł się na rynek:
„Renato udał się do domu swych rodziców, by na okres koncertów pożyczyć od ojca samochód – nowego czerwonego fiata. Wyjechaliśmy z Mediolanu w kierunku Viareggio. Renato nie należał do ludzi rozrzutnych. Zauważyłam wkrótce, że nie jedziemy już autostradą, że droga staje się kręta, urozmaicona, biegnąc to nad urwiskiem, to przez gęsty las, zahaczając czasem prawie o zabudowania gospodarcze. Renato zrezygnował bowiem z uiszczania opłat za przejazd autostradą i wybrał drogę dłuższą, okrężną, ale darmową, dostarczającą wielu emocji dodatkowych.” – wspominała na łamach książki „Wróć do Sorrento?…” Anna German.

Przez ostatnie lata w Internecie toczyła się dyskusja na temat samochodu, którym Anna German poruszała się podczas tamtego pobytu w Italii. Wielu internautów twierdziło, że był to Fiat Dino Spider, a ich głównym dowodem miał być rzekomo identyczny układ przednich wycieraczek. Tymczasem odpowiedź na to pytanie można bez trudu odnaleźć w archiwalnym materiale Zofii Dybowskiej-Aleksandrowicz pt. „San Remo śpiewa trzy dni”. Nagranie z 1967 roku pokazuje Annę German wsiadającą do zaparkowanego przed hotelem Savoy Fiata 124 Sport Spider, by za chwilę udać się na przejażdżkę ulicami San Remo w towarzystwie Renato.
Pechowy splot wydarzeń?
Choć najgorsze miało dopiero się wydarzyć, pobyt artystki we Włoszech już od samego początku niósł za sobą tragiczne wydarzenia. Jedno z nich miało miejsce w styczniu 1967 roku w trakcie XVII Festiwalu Muzycznego w San Remo, kiedy Anna German w duecie z Fredem Bongusto śpiewali utwór pt. „Gi”. Była nią samobójcza śmierć Luigiego Tenco, włoskiego piosenkarza, jak i ukochanego słynnej francuskiej piosenkarki Dalidy. W ramach protestu dotyczącego oceny jury śpiewanego przez niego utworu „Ciao amore ciao”, Tenco odebrał sobie życie w jednym z hotelowych pokoi. Było to prawdziwym wstrząsem dla włoskiej sceny muzycznej, jak i również dla samej Anny. Podpisany przez nią kontrakt z wytwórnią obowiązywał jednak dalej, a w terminarzu było zaplanowanych jeszcze wiele innych występów.
Latem 1967 roku Anna German odbywała dalszą część włoskiego tournée, występując m.in. w Rzymie, Mediolanie i Bolonii, gdzie zdobywała coraz większą popularność. Kolejne kłopoty pojawiły się w momencie, gdy Anna i Renato zmierzali w kierunku Viareggio. Podczas jazdy położoną wysoko w górach drogą, pogoda momentalnie uległa diametralnej zmianie. Żarzące się wcześniej słońce zniknęło za ciężkimi, ołowianymi chmurami. Powietrze zrobiło się duszne i nieprzyjemne, a widoczność zaczęła dramatycznie spadać. Kierowca Fiata od razu włączył światła, starając się utrzymać kontrolę na coraz bardziej śliskiej nawierzchni:
„Znajdowaliśmy się na krętej górskiej drodze, kiedy lunął nagle potężny deszcz na przemian z gradem wielkości wiśni. Po kilkunastu minutach ze stromego zbocza spływały na drogę potężne, brunatne od wyrytej ziemi – potoki o zadziwiającej sile. Renato przestraszony zatrzymał wóz na zakręcie przy grubej kamiennej barierze oddzielającej drogę od dość „przyzwoitej przepaści (…) Pod wpływem uderzeń gradu pękła szyba w samochodzie, który – choć nowy okazał się nieszczelny, gdyż przez szpary w dachu i w oknach przesączała się woda. Prawdopodobnie zmyłoby nas o „piętro niżej”, gdyby nie mur, do którego samochód się przytulił. „A nie lepiej było zapłacić tam, na dole te grosze za przejazd autostradą?” – po myślałam, ale nic nie powiedziałam. Mężczyzna, którego samochód został uszkodzony, jest już i tak bardzo nieszczęśliwy.” – nadmieniała artystka na łamach książki „Wróć do Sorrento?…”.
Gdy górska nawałnica wreszcie ustąpiła, Renato podjął decyzję o kontynuowaniu podróży. Droga była śliska, mokra, a gęsta mgła ograniczała widoczność niemal do zera. W miarę zjazdu w doliny mgła zaczęła stopniowo się przerzedzać, a przez chmury zaczęło przebijać słońce. Po przekroczeniu grzbietu górskiego, oczom podróżnych ukazał się słoneczny pejzaż nadmorskiej niziny. Na dole po burzy nie było nawet śladu – pogodne niebo, opaleni ludzie korzystający z uroków plaży i zupełnie sucha ziemia kontrastowały z niedawnym żywiołem. Gdy nastał wieczór, poobijany Fiat zajechał do celu, a jego wykończona „załoga” mogła odpocząć po niezwykle stresującym dniu.
Wypadek
Druga połowa sierpnia przypadała na koncert w urokliwym, położonym nieopodal Ravenny miasteczku Forlì. Tuż po uroczystej imprezie kończącej całe wydarzenie, Anna i Renato wrócili do hotelu. Oboje byli bardzo zmęczeni. Wcześniejszą noc Włoch spędził w Szwajcarii, czego dowodem była przywieziona czekolada i paczka markowych papierosów. Mimo ogólnego zmęczenia, Renato nie chciał zostać na noc w hotelu. Uznał, że szkoda byłoby nie skorzystać z opłaconego noclegu, który czekał na nich w Mediolanie. Po spakowaniu bagaży, Fiat ruszył w dalszą drogę:
„Jechaliśmy początkowo przez uśpione miasteczko, potem Renato zdecydował się jednak na kontynuowanie jazdy autostradą. „Bo będzie szybciej”, rozumował nie bez słuszności. Ta decyzja stała się naszym ratunkiem. Na autostradzie wcześniej czy później musiano nas zauważyć i udzielić pomocy. Na jakiejś mało uczęszczanej drodze natomiast nikt by mi nie przeszkodził w spokojnym opuszczeniu tego świata. Wymieniam tylko siebie, gdyż Renato doznał wprawdzie złamania przegubu dłoni i nogi i choć to bardzo boli – nie umiera się od tego, na szczęście.”

Z początku podróż w kierunku Bolonii nie sprawiała większych trudności. Anna była pełna energii i chętna do rozmów – wszak atmosfera po festiwalu wciąż unosiła się w powietrzu. Znacznie gorzej znosił jazdę Renato, który, choć starał się ukryć ogarniającą go senność, ewidentnie potrzebował odpoczynku. Zapadła noc. I to właśnie wtedy, 28 sierpnia 1967 roku, wydarzyło się najgorsze:
„Odczułam nagle kilka wstrząsów, jakby samochód znalazł się na okropnych kocich łbach zamiast na gładkiej jak lustro szosie. Potem zapanowała cisza i ciemność. Zanim to jednak nastąpiło, zdążyłam sobie zdać sprawę z niebezpieczeństwa raczej instynktownie, bo na żadne rozważania nie było przecież czasu. Wszystko trwało ułamki sekundy. Odczułam – doskonale to pamiętam – paniczny strach przed spaleniem żywcem w samochodzie. Przeczytałam właśnie przed tygodniem o strasznej śmierci w płomieniach palącego się samochodu aktorki francuskiej, jednej ze znanych sióstr Dorléac. Mimo że nigdy nie odczuwałam żadnego strachu w czasie jazdy samochodem (tak samo podróż samolotem wywołuje we mnie jedynie przyjemność z powodu huśtania), od czasu ukazania się tej strasznej wiadomości w prasie – zaczęłam się bać tej możliwości. I ten właśnie strach przeszył mnie od stóp do głów – pamiętam to bardzo dobrze. A więc stało się.” – wspominała Anna German w książce „Wróć do Sorrento?…”.
Wypadek był poważny. Sportowy Fiat z dużą siłą uderzył w betonową barierę. Renato pozostał zakleszczony za kierownicą, natomiast Anna, wyrzucona z pojazdu w momencie zderzenia, znalazła się poza wrakiem. Rozbity samochód dostrzegł dopiero nad ranem kierowca przejeżdżającej tą samą drogą ciężarówki. Widok był dramatyczny. Nie czekając ani chwili, mężczyzna zawiadomił służby. Jak później wspominała Anna, jedynym śladem po elegancji roztrzaskanego wozu był intensywny czerwony kolor jego karoserii. Piosenkarka przez wiele dni pozostawała w śpiączce farmakologicznej, a lekarze nie dawali rodzinie nadziei na to, że kiedykolwiek odzyska pełnię sprawności. Zdarzył się jednak prawdziwy cud. Choć artystkę czekała długa rehabilitacja, umysł – jak sama później pisała – pozostawał przytomny. To właśnie ta wewnętrzna siła, wsparta opieką lekarzy i ogromnym wsparciem bliskich, pozwoliła jej przetrwać, by miesiące później znów stanąć na własnych nogach.
Filmowa re-inscenizacja?
W 2012 roku swoją premierę miał serial „Anna German. Tajemnica białego anioła”, opowiadający o życiu niezapomnianej piosenkarki, kochanej przez miliony słuchaczy. Nie mogło w nim zabraknąć sceny dramatycznego wypadku z sierpnia 1967 roku, momentu, który na zawsze odmienił życie piosenkarki. Co ciekawe, twórcy serialu zdecydowali się na zaskakującą zmianę: sportowego Fiata zastąpił zupełnie inny pojazd. Była nim czterodrzwiowa, pozbawiona oryginalnego dachu Simca 1301. Jedynymi elementami przywodzącymi na myśl prawdziwy kabriolet Anny i Renato były czerwony lakier nadwozia oraz skórzana tapicerka wnętrza. Rolę włoskiej autostrady odegrała zaś jedna z chorwackich dróg, przypominająca krajobrazem faktyczne okolice zdarzenia. Być może jedyną zaletą tej decyzji było to, że nie zniszczono autentycznego Fiata 124 Sport Spider – klasyka włoskiej motoryzacji, którego pierwsza seria jest dziś pożądaną przez kolekcjonerów rzadkością.
Echa przeszłości
Historia Anny German i Fiata 124 Sport Spider to opowieść, w której elegancja włoskiej motoryzacji zderza się z brutalną siłą przypadku. Choć auto miało być tylko efektownym środkiem transportu, jak i ozdobą festiwalowego tournée – na zawsze wpisało się w biografię artystki jako narzędzie tragicznego zwrotu. W jednej chwili stało się symbolem kruchości ludzkiego życia i nieprzewidywalności losu. Mimo ciężkich obrażeń, wielomiesięcznej rehabilitacji i długiej nieobecności na scenie, Anna German powróciła – silniejsza, dojrzalsza, poruszająca. Jej losy, podobnie jak historia czerwonego kabrioletu, stały się dziś częścią wspólnej pamięci, tej prywatnej, zapamiętanej przez świadków, jak i tej odtworzonej na ekranie.

Tekst: Marcin Zachariasz
Zdjęcia: archiwum autora, www.media.stellantis.com
Źródła dodatkowych informacji: „Wróć do Sorrento?…” Anna German, Instytut Wydawczy Latarnik 2012
2 komentarze
Świetnie napisane. Wciągająca historia.
Dziękuję w imieniu autora 🙂