fbpx
Napisz do nas! redakcja@forzaitalia.pl

Powrót do przeszłości

Powrót do przeszłości

bartli thumb

Niestety w tym roku nie będę mógł odwiedzić Mediolanu podczas obchodów stulecia Alfy Romeo, więc jako rekompensata moich smutków powstał właśnie ten tekst o wspomnieniach z pewnych wakacji…

Rok 2006 był dla mnie bardzo wyjątkowy. W tym roku pisałem maturę i odebrałem swoje upragnione prawo jazdy kategorii B. Wtedy też mogłem w końcu zasiąść za sterami wymarzonej Alfy Romeo 156, która to właśnie była początkiem mojej miłości do Alf . Nie ukrywam, że pierwsze kilometry za kierownicą powodowały przyspieszone tętno i nadmierne pocenie się.

Przesiadka z Opla Corsy z silnikiem 1.2, którym osiągnąłem maksymalną prędkość 80km/h, do Alfy z dwulitrowym silnikiem była przeżyciem dosyć przerażającym, aczkolwiek powodującym przypływ adrenaliny. Pod czujnym okiem taty powoli zaczynałem się oswajać z tym samochodem, jednak dopiero w wakacje dostałem prawdziwą szkołę jazdy…

Na miejsce wakacyjnego pobytu wybrana została miejscowość Arolla we Szwajcarii, czyli kraju niemalże mlekiem i miodem płynącym. Ja prowadziłem Alfę do granicy z Niemcami i potem przez prawie całą Szwajcarię. Prawie, ponieważ w miejscowości Sion położnej pod doliną Val d’Herens, stwierdziłem, że jednak z moim stażem za kierownicą to mały niezbyt dobry pomysł, żebym jechał po górskich serpentynach. Jak się później okazało było to dobre wyjście. Droga wprawdzie początkowo była świetna – jednopasmówka, przepiękne serpentyny i idealna nawierzchnia, która sprawiała, że można było usłyszeć jakby Alfa chciała powiedzieć „Dziękuję Wam że mnie tu zabraliście! To są moje najfajniejsze wakacje! Nie zatrzymujmy się!!”. W końcu jednak raj się skończył i zaczęła się naprawdę wąska, jeszcze bardziej kręta droga o „bardzo złej” nawierzchni. No może z tą bardzo złą nawierzchnią trochę przesadziłem, bo na wielu warszawskich ulicach jest podobna, ale jak na szwajcarskie standardy to ta droga była naprawdę tragiczna 😉 Niebawem jednak i ona się skończyła, a Alfa mogła odpocząć na hotelowym parkingu.

Nie będę opisywał co porabiałem podczas tego wyjazdu, bo oczywiście najbardziej skupialiśmy się na spacerowaniu po górach. W ciągu prawie dwóch tygodni nie mogło się też oczywiście obejść bez motoryzacyjnych akcentów. Pierwszym była mała i bardzo upierdliwa usterka w Alfie – piszczące klocki hamulcowe. Jako, że było lato, szyby w całym samochodzie opuszczone, więc nieustanne popiskiwanie tylnych klocków doprowadzało pasażerów do furii. Trzeba było więc odwiedzić szwajcarskie ASO Alfy… Zjechaliśmy więc na „niziny” do wcześniej wspomnianego miasta Sion, które liczy sobie niecałe 30 000 mieszkańców. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby w takim mieście był salon Alfy, który jest większy od wszystkich salonów w Polsce, a do tego w przysalonowym komisie stoją trzy Alfy 156 GTA (oj nawet nie wiecie jak kusiło żeby wrócić na dwie Alfy do Polski…). Czy wspominałem już o salonie Ferrari/Maserati? A w Warszawie, w której mieszka prawie 2 miliony ludzi, nie mogą dalej otworzyć salonu Ferrari.
Wróćmy jednak do naszych piszczących klocków hamulcowych. W ASO dostaliśmy adres warsztatu, który powinien od ręki wymienić nam klocki. I tu napotkaliśmy kolejny problem… Ł»aden z mechaników nie mówił po angielsku, a mój wujek nie zna niemieckiego ani francuskiego z zakresu obsługi samochodu. Pewnie domyślacie się jak zabawnie musiało wyglądać tłumaczenie mechanikowi na migi, co jest nie tak w aucie i co trzeba zrobić…W końcu zostawiliśmy auto i można się było udać na ponadprogramowe zwiedzanie Sion. W sklepie zapytaliśmy tylko jak najlepiej dojść do centrum, ale jak sprzedawczyni usłyszała, że jesteśmy z Polski, to zaczęła opowiadać nam jakieś swoje historie rodzinne. Jej mąż odwiedzał regularnie Polskę i bardzo mu się tam podobało. Miła pani stwierdziła jednak, że bez sensu byśmy szli na piechotę, więc jej koleżanka nas podrzuci (koleżanka początkowo nie planowała jechać, ale pani sprzedawczyni szybko nakłoniła ją na wyjazd do centrum). Warto wspomnieć że „koleżanka” była iście ryczącą 60-tką, a jeździła wściekłym Reanult Twingo. Tak oto wylądowaliśmy w obcym mieście, z obcą kobietą w obcym samochodzie. Mimo że podróż trwała tylko kilka minut, to starsza pani mocno kąsała swoim Twingo, którym byśmy się chyba ze dwa razy znaleźli na innym samochodzie… Myślę, że tej krótkiej, acz treściwej przejażdżki nigdy nie zapomnimy.
Po krótkim zwiedzaniu miasta, wróciliśmy w końcu po naszą Alfę, która już nie wydawała  dźwięków przyprawiających nas o ból głowy.

Miejscowość Arolla znajduje w Alpach Walijskich, które są położone na samym południu Szwajcarii, a do Włoch jest rzut kamieniem (w linii prostej oczywiście). Kiedy pogoda w górach nie zachęcała do wędrówek(Arolla położona jest ponad 2000 m n.p.m.) stwierdziliśmy, że trzeba udać się w poszukiwaniu słońca. A jak słońce, to tylko słoneczna Italia! Musieliśmy po drodze oczywiście zaliczyć krótki postój w Sion, ponieważ z Arolli wyruszaliśmy ubrani w polary, a podczas gdy w Sion świeciło słońce i było dosyć upalnie.

Naszym celem był Mediola, i najlepszym wyjściem była podróż przez przełęcz Simplon. Nie będę rozpisywał się na temat widoków, bo chyba każde dziecko wie, że Szwajcaria jest strasznie malowniczym krajem. Najlepiej będzie, jeśli tylko popatrzycie na zdjęcia. Po przekroczeniu granicy kierowaliśmy się na malownicze Lago di Maggiore, a następnie już tylko i wyłącznie na Mediolan. Aparat miałem cały czas w pogotowiu i tylko czekałem na moment kiedy spotkamy w końcu jakiś „porządny” samochód. Niestety do samego Mediolanu nic takiego nie ujrzałem, ale nawet nie wiecie jaką miałem radość gdy w jakiejś włoskiej wiosce zobaczyłem szyld z logiem Alfy Romeo.

Uzbrojeni w przydatne informacje o muzeum w Arese, zaczerpnięte ze strony IK@Ra, udaliśmy się wpierw do centrum miasta, bo przecież Włosi muszą mieć przerwę w pracy. Na przedmieściach Mediolanu mijaliśmy słynny stadion San Siro, który na żywo robi spore wrażenie. Jednak po przejechaniu kilku kilometrów wszystkich pasażerów Alfy bardziej zadziwił inny widok – na jednej ze stacji benzynowych stała Alfa Romeo GT Junior, w stanie jakby przed chwilą przyjechała z fabryki w Arese. Już chyba nic nie mogło zepsuć nam tego dnia.

Kiedy w końcu znaleźliśmy się w ścisłym centrum Mediolanu, zaczęliśmy poszukiwania miejsca do zaparkowania. Po tym mieście jednak lepiej poruszać się komunikacją miejską, bo znaleźć jakieś miejsce parkingowe to istny cud. Chyba, że zdecydujemy się skorzystać z jednego z wielu parkingów podziemnych w centrum. My byliśmy właśnie skazani na tą drugą opcję. Parking na początku wydawał się niepozorny, ponieważ znajdował się pod 4-piętrową kamienicą. Dopiero po wjechaniu do środka okazało się, że pod ziemią są chyba jeszcze co najmniej 4 kondygnacje w dół. Auta jakie stały na tym parkingu też robiły wrażenie – Astony DB9, Bentleye, wszelakie Mercedesy od AMG itd. Kiedy przyszło do płacenia, już było wiadomo dlaczego na tym parkingu jest tak ekskluzywnie…ale przynajmniej nasza Alfa przejechała się windą.
Po odstawieniu auta mogliśmy się udać na zwiedzanie Mediolanu. Krótki spacer po starszej części miasta –  po drodze mijamy La Scalę, która z zewnątrz jest bardzo niepozornym budynkiem, i docieramy w końcu do Piazza del Duomo ze słynną Galerią Vittorio Emanuela II i Katedrą. Renesansowa Galeria Vittorio Emanuela II została obecnie przeobrażona w galerię handlową, gdzie możemy kupić po promocyjnych cenach coś u Armaniego, jakąś torebkę od Louis Vuiton czy też Prady, a ukoronowaniem shoppingu powinien być…cheeseburger z frytkami ze znanej wszystkim „restauracji”.

Kiedy w końcu wybiła godzina 14, można było wracać po samochód i udać się do Arese. Przygotowani w dokładny opis jak dojechać do muzeum…zabłądziliśmy. Jakieś niespodziewane ronda i skrzyżowania, i straciliśmy trop. Na szczęście wszystkie drogi w Arese prowadzą do fabryki Alfy Romeo, i jeśli tylko zabłądzicie to nie bójcie się spytać w budce ochroniarzy jak dojechać do muzeum. Nie znają angielskiego, ale bez problemu wytłumaczą jak dojechać, a do tego obdarują nas uśmiechem od ucha do ucha. Tym razem już bez problemów znaleźliśmy muzeum, a kiedy przekroczyliśmy bramę wjazdową serce zdecydowanie mocniej zabiło. To miejsce jest naprawdę magiczne i zachwycające, ale zarazem smutne i przerażające. Ł»al patrzeć na te wszystkie ogromne i puste hale, w których kiedyś pracowało mnóstwo ludzi, a z taśm zjeżdżały auta o jakich możemy teraz marzyć. Teraz w Arese pozostały już tylko wspomnienia po fabryce tętniącej życiem, jednak to miejsce dalej pozostaje celem pielgrzymek wszystkich alfistów. Wróćmy jednak do zwiedzania.
Na parkingu pod muzeum spotykamy brytyjczyków, którzy przyjechali czerwoną Gtv. Udajemy się w kierunku wejścia, w portierni zostawiamy dowolny dokument, a w zamian dostajemy plakietkę visitora i w ten o to sposób możemy wkroczyć na teren muzeum. Pierwsze odczucia mogą być mieszane, ponieważ niskie budynki biurowców są na pewno bardzo dobrym przykładem nowoczesnej architektury z lat 60, jednak same zabudowania jak i teren dookoła jest mocno zaniedbany. W Arese z pewnością przydałoby się trochę szwajcarskiego perfekcjonizmu… Przejdźmy jednak dalej i skupmy się na samym już muzeum. Budynek z zewnątrz wydaje się nie pozorny i można by rzec, że jest tylko parterowy, jednak schodzi on parę pięter w dół przez co w jednym miejscu mamy skupisko najsłynniejszych modeli marki.

Na poziomie 0 można obejrzeć pierwsze auta sygnowane jeszcze nazwą ALFA, takie jak 8/10 HP, 24 HP czy też 15 HP. Tuż obok stoją jednak jeszcze większe rodzynki – modele RL Targa Florio, które jako pierwsze były „przyozdabiane” koniczynkami na pokrywach silników. Kiedy człowiek popatrzy na te auta, od razu dochodzi do wniosku, że współczesna Formuła 1 to zabawa dla dzieci. Obecne bolidy jeżdżą ponad dwukrotnie szybciej, jednak w latach 20 kierowcy nie mieli żadnych kubełkowych foteli, kasków z systemem HANS czy też opon wykonanych ze specjalnych mieszanek. Ówczesne auta miały niecałe 100 koni, jednak były już w stanie osiągać prędkości rzędu 150 km/h. Wydaje się niewiele? To popatrzcie na konstrukcje zawieszenia, i opony na jakich stały auta.

Przechodząc dalej, mijamy modele takie jak 6C 1750 Gran Turismo, 1750 Gran Sport z karoserią od Zagato, a kończymy na modelu Monoposto Gran Premio „Tipo A” który wyposażony był w dwa 6 cylindrowe silniki, co dawało w sumie 230KM i pozwalało osiągnąć 240 km/h.

Dalej mamy wystawione Alfy, które wyglądają niczym auta gangsterów z lat 30. Na końcu czeka na nas kolejny dwa rodzynki – Alfa 158 Gran Premio i Alfa Bimotore. Pierwsza z nich jest chyba większości znana, jednak model Bimotore z 1935 roku zawstydza osiągami współczesne samochody sportowe. Dwa rzędowe, ośmiocylindrowe silniki o łącznej pojemności ponad 6,3l osiągały 540KM i rozpędzały to „auto” do 325 km/h. W latach 30 Alfa Romeo szukała auta które mogło by pokonać niemiecką konkurencję, w związku z tym zgłosili się do Scuderii Ferrari, aby ta zaprojektowała dla nich nowy bolid.

Kiedy skończyliśmy wzdychanie nad Bimotore i 158, mogliśmy przystąpić do dalszego podziwiania wszelakich Alf. W samym rogu sali stał model 8C 2900 B Lungo z charakterystycznym długim przodem. Myślę że Cruella de Mon polubiłaby to auto i nie musiałaby się już uganiać za dalmatyńczykami.
W końcu docieramy do modeli z końca lat 50, czyli słynna Giulietta, która podczas mojego pobytu obchodziła już 52 urodziny (jednak cały czas obok auta stał baner informujący o 60-leciu modelu).

Nie może też oczywiście zabraknąć modelu Matta, czyli pierwszego prawie SUVa. Po środku poziomu -1 można podziwiać dwie wyścigowe 159 – jedna w całości, a druga z nich „zdekompletowana”, aby można było sobie wszystko dokładnie podejrzeć.

Zmieniamy poziom na -2 i od razu napotykamy na dosyć współczesne auto – modelu Nuvola nie da się pomylić z niczym innym. Szkoda, że nie pojawił się w produkcji, bo być może datowanie ostatniej Alfy przesunęło by się na rok 1996. Napęd na 4 koła i 300 koni chyba zadowoliłyby nawet największych malkontentów.

 Obok Nuvoli zaczynamy podziwianie słynnych modeli z karoseriami od Zagato – Giulietta SZ Coda Tronca, TZ1 oraz TZ2. O tych autach nie ma co się rozpisywać, bo chyba wszyscy alfiści wzdychają na ich widok.

Jedna z sal na poziomie -2 jest poświęcona tylko i wyłącznie prototypom. Przyznam się, że o większości z nich nigdy nie słyszałem. Może Wy znacie np. prototyp nowojorskiej taksówki? Albo modele takie jak Iguana, Navajo lub też Eagle? Były jednak dwa auta o których coś wiedziałem – pierwszym z nich był prototyp Montreala, a drugie to model Proteo.

Po opuszczeniu sali z prototypami udajemy się na ostatni poziom, który jest ukoronowaniem historii Alfy Romeo. Na piedestałach obok siebie stoją Giulia TI Super, oraz Giulia GTA.


 
Obok nich auta z serii 2600, czyli modele 2600 Sprint, 2600 SZ i 2600 De Luxe. W końcu docieramy do ostatniej już sali, która wypełniona jest głównie autami wyścigowymi. W gablotach można podziwiać najważniejsze trofea z najbardziej prestiżowych wyścigów. Wszystko w otoczeniu takich pojazdów, jak Alfa GTA 1300 Junior, 1750 GTAm czy też 75 IMSA… Ups, zapomniałem jeszcze wspomnieć o dwóch Alfach 155 z DTM, modelu 33 SC 12 no i o kilku bolidach F1. W tej samej sali stały pod ścianą jeszcze takie modele jak GTV6, Alfasud czy też 1300 Junior Zagato, jednak sami rozumiecie, że w takim otoczeniu mało kto na nie spogląda.

Ł»ałowałem, że to już była ostatnia sala i ostatni poziom, który można było zwiedzać w muzeum. Jak się jednak okazało, czekały na nas jeszcze dwie niespodzianki. Pierwszą z nich były ustawione gdzieś w ciemnym kącie dwie wyścigowe Alfy. O jednej z nich chyba słyszał każdy. Za metalową barierą ustawiono obok siebie prototyp Alfy Romeo Gruppo C oraz 164 Procar, czyli Alfa 164 z silnikiem od F1.

Nie zabrakło też wątku humorystycznego w muzeum – tuż obok 164 Procar można podziwiać…kuchenkę elektryczną oraz traktor oczywiście w kolorze Rosso.

No dobrze, a co z tą drugą niespodzianką? Już Wam wyjaśniam – na parterze jednego z biurowców stało kilka małych wyścigówek Alfy Romeo. Oczywiście nie mogłem sobie odmówić, przyjemności przetestowania kilku z nich, co widać na załączonym obrazku.

Niestety, czas zwiedzania muzeum dobiegał końca i trzeba było powoli wracać do Szwajcarii. Z wielkim żalem opuszczaliśmy Arese, jednak obiecaliśmy sobie, że jeszcze tu kiedyś wrócimy.

Osobiście najchętniej bym w Arese zamieszkał, i odwiedzał muzeum raz na tydzień żeby tylko móc się napatrzeć na te cuda techniki i stylistyki. Podobno Alfa planuje przenieść muzeum do samego centrum Mediolanu. Z pewnością jest to dobre posunięcie pod względem turystycznym, jednak obawiam się, że w nowym muzeum nie będzie już można poczuć takiego klimatu, jaki panuje w całym Arese. Więc śpieszcie się alfiści z odwiedzinami Arese, bo taka okazja może się już wkrótce nie powtórzyć. Z pewnością sam bym chciał jeszcze w tym roku odwiedzić to miasto i nadrobić parę zaległości, ponieważ podczas moich odwiedzin odbywał się Festiwal Prędkości w Goodwood, i przez co kilka słynnych modeli pojechało do Wielkiej Brytanii. Warto chyba też wspomnieć o samej atmosferze, jaka panuje w muzeum. Co ciekawe, w środku nie spotkaliśmy absolutnie nikogo z obsługi, oraz nie uświadczyliśmy nigdzie kamer od monitoringu. Niektóre auta odgrodzone są tylko nisko zawieszonymi taśmami, a większość z nich jest pootwierana. Aż trudno w to uwierzyć, że auta warte po kilka milionów euro stoją bez żadnej opieki podobnie jak Fiaty Panda w polskich salonach. Włosi chyba jednak ufają wszystkim alfistom i wiedzą, że żaden z nich nie przyjedzie do Włoch specjalnie po to, aby któreś z tych aut zniszczyć i zdewastować. Boję się pomyśleć tylko jakby wyglądała ta ekspozycja, gdyby muzeum znajdowało się w Polsce… Pewnie większość z nich by była rozkradziona, a na maskach byśmy mieli wyryte za pomocą kluczy napisy o wiadomych treściach.

Wybiła w końcu godzina 16 i powoli wracaliśmy do Arolli. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w niewielkiej miejscowości nad Lago di Maggiore, gdzie udaliśmy się do małej knajpy prowadzonej przez starsze małżeństwo. Z żołądkami wypełnionymi wyśmienitą pizzą oraz kawą, ruszyliśmy na przełęcz Simplon.

Nie mogłem oczywiście odmówić sobie okazji zrobienia kilku zdjęć na tle Alp. Przyznacie chyba, że Alfa dobrze się prezentuje w tym otoczeniu.

Tekst i zdjęcia : Bartek Lichocki

Poprzedni wpis
Makaron w puddingu
Następny wpis
Barchetty wystartowały!

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back
Udostępnij

Powrót do przeszłości